Pierwszy miesiąc
29 mar
Od blisko miesiąca jestem w Niemczech. Jako jeden z sześciorga obywateli polskich reprezentuję Rzeczpospolitą Polską ,w gronie stypendystów programu Internationales Parlaments Stipendium des Deutschen Bundestages 2010.
Z mojego punku widzenia może nawet bardziej precyzyjnie byłoby napisać, że reprezentuję tu zarówno Polskę, ale również polską mniejszość niemiecką. Jestem bowiem jedynym polskim stypendystą, który otwarcie przyznaje się nie tylko do swojej polskości, ale także do częściowo niemieckiego pochodzenia.
To pięciomiesięczne stypendium składać się będzie z praktyki w biurze poselskim posła do Bundestagu. Ja odbywam praktykę w biurze pana Thomasa Lutze (Die Linke), posła z okręgu wyborczego Saarlouis. Ze względu na specyfikę tej pracy, nie będę informował o jej szczegółach.
W ramach naszego stypendium odbywać się będą również konferencje naukowe. Będą one organizowane przez fundacje polityczne powiązane z poszczególnymi partiami politycznymi. Obecnie odbywa się pierwsza tego rodzaju konferencja. Jej organizatorem jest Friedrich Naumann Siftung. Jest to fundacja powiązana z liberalną FDP. W pierwszej kolejności gościny udziela nam Teodor Heuss Akademie w Gummersbach. Miasto to położone jest w Nadrenii Westfalii około 50-ciu km od Kolonii.
Europejska Unia Narodów i mniejszość niemiecka w RP wspierają Związek Polaków na Białorusi
26 lut
Na Opolszczyźnie gościła ostatnio delegacja FUEN (Federal Union of European Nationalities). Z inicjatywy przewodniczącego tej organizacji – Hansa Heinricha Hansena, byłego przewodniczącego mniejszości niemieckiej w Danii, napisano wspólny list protestacyjny działaczy FUEN i mniejszości niemieckiej w Polsce w obronie Związku Polaków na Białorusi.
Autorzy listu piszą, że Związek Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce i Europejska Unia Narodów zdecydowanie potępiają represje rządu w Mińsku wobec Polaków mieszkających na Białorusi. Autorzy zaznaczają jednocześnie, że ten problem jest im znany od lat i zawsze budził sprzeciw, teraz jednak zdecydowanie się nasilił. Sygnatariusze protestu podkreślają, że obserwują w ostatnim czasie zjawisko eskalacji wrogich zachowań wobec Polaków.
Władze FUEN, jako przedstawiciele mniejszości narodowych w Europie, są szczególnie wyczulone na przejawy dyskryminacji w stosunku do członków organizacji mniejszości etnicznych. W piśmie protestacyjnym podkreślono również, że zwalczanie mniejszości narodowych stoi w jawnej sprzeczności z regułami prawnymi przyjętymi w Unii Europejskiej. Jest to bowiem, jak czytamy w liście, przejaw łamania praw człowieka i obywatela.
Przy tej okazji Hans Heinrich Hansen pochwalił nowe władze mniejszości niemieckiej, pod przewodnictwem Bernarda Gaida, za kompromisowy i spokojny styl współdziałania pomiędzy mniejszością niemiecką i polskimi władzami.
W skład FUEN wchodzi 86 organizacji mniejszości narodowych z 32 krajów. Podstawowym celem organizacji jest dbałość o kulturową różnorodność Europy z jej blisko 300 mniejszościami narodowymi.
„Trójkąt Weimarski” w Bundestagu
23 lut
Dziś w Bundestagu odbyła się kolejna tura rozmów w ramach Trójkąta Weimarskeigo. Na czele polskiej delegacji parlamentarnej stali: senator Edmund Wittbrodt – przewodniczący senackiej Komisji do spraw Unii Europejskiej oraz przewodniczący sejmowej Komisji do spraw Unii Europejskiej – poseł Stanisław Rakoczy.
Polski senator, w swojej wypowiedzi dla prasy, położył nacisk na konieczność stworzenia mechanizmów szybkiego ostrzegania na wypadek kryzysu gospodarczego.
Zdaniem Wittbrodta Unia Europejska popełniła błąd zezwalając Grecji na przekroczenie bezpiecznego progu deficytu budżetowego. Teraz, jego zdaniem, możliwości działania są już mocno ograniczone. Przy tej okazji polski parlamentarzysta zaznaczył, że Polska, która być może stanie się członkiem strefy Euro w 2015 roku, przeprowadza obecnie reformę finansów publicznych. Jej celem jest dostosowanie polskiego deficytu budżetowego do standarów określonych w przyjętym przez Unię Europejską „Pakcie Stabilności i Wzrostu”. Wyznaczone tam standardy nie mogą zostać przekroczone – podkreślił Wittbrodt.
Poseł Stanisław Rakoczy w swoim wystąpieniu, podkreślał natomiast rolę jaką mają do odegrania państwa członkowskie „Trójkąta Weimarskiego” (Polska, Niemcy. Francja) w procesie kreowania wspólnej polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i współpracy militarnej.„Uczymy się od siebie wzajemnie” – powiedział polski polityk. Posel zwrócił tez uwagę na wzrost znaczenia parlamentów narodowych na mocy Traktatu Lizbońskiego. Traktat ten bowiem bezpośrednio angażuje parlamenty narodowe w monitorowanie procesu legislacyjnego Unii Europejskiej.
Berlińskie spotkanie było już trzecim z kolei, spotkaniem polityków różnego szczebla w ramach „Trójkąta Weimarskiego” w ostatnich miesiącach. W przyszłości spotkania odbywać się będą co pół roku. Następne zaplanowane jest na jesień br. we Francji.
Przypadek Floriana K. – Kryzys niemieckiej oświaty
21 lut
Znowu blady strach padł na niemieckie szkoły - i to z zadziwiającą regularnością. Blisko rok po masakrze w Winenden i Wendlingen am Neckar k. Stuttgartu, gdzie zginęło łącznie 15 osób. Sprawca zdarzenia: 17-letni zabójca popełnił samobójstwo.
Do podobnego przypadku doszło w mijającym tygodniu. Florian K. - 23-letni były uczeń szkoły zawodowej w Ludwigshafen sterroryzował swoje dawne miejsce nauki. Korzystając z wywołanego tym samym ogólnego zamieszania, śmiertelnie ranił nożem jednego z nauczycieli. Uczeń był wcześniej usunięty ze szkoły za złe wyniki w nauce.
Obie te sytuacje, jakże podobne, wskazują na aktualność problemu terroru w niemieckich szkołach. Co jest jego podłożem? Dostrzegam kilka przyczyn. Podstawowa z nich to oczywiście frustracja. To ona prowadzi jednostki ku potrzebie spektakularnego zwrócenia na siebie uwagi. Jest to jednak tylko brutalna konsekwencja systemowych zaniedbań. Winę za taki stan rzeczy ponosi państwo, w przypadku Niemiec ściślej kraje związkowe. Jakie to zaniedbania? Przede wszystkim chyba niedofinansowanie edukacji. Wydaje mi się, że stała się ona ofiarą zbyt rozbudowanego w Niemczech systemu opieki społecznej.
W ostatnich latach źle rozkładano środki budżetowe, zwiększano nakłady na zasiłek dla bezrobotnych, tzw. Hartz IV. Działo się to między innymi ze szkodą dla systemu oświaty. Jako niedofinansowana z roku na rok traciła ona na jakości. Wiedza zdobyta w szkole przestała już zapewniać poczucie choćby minimalnego komfortu na rynku pracy. Karierę w mediach robi teraz Arno Dübel – bezrobotny mieszkaniec Hamburga, od 36 lat korzystający wyłącznie z zasiłków. Ten uczestnik programów rozrywkowych i debat telewizjnych twierdzi, że w Niemczech nie warto pracować. Bez cienia skrupułów doradza jak wyłudzić pieniądze z opieki społecznej. Ma on już nawet swój internetowy fanklub. Takie właśnie rozłożenie akcentów i środków budżetowych połączone z przyzwoleniem społecznym rodzi frustrację i agresję młodzieży, stawiając pod znakiem zapytania jej perspektywy. Ofiarami takiego rozgoryczenia padli już wcześniej koledzy ze szkoły w Winenden, teraz przyszedł czas na nauczyciela z Ludwigshafen.
Jak można rozwiązać ten problem ? Czego potrzeba dzisiejszej oświacie? To pytania niezwykle istotne w zglobalizowanym świecie. W ostatnich latach do podobnych przypadków terroru w szkołach dochodziło przecież także np. w USA, by wspomnieć masakrę w Virginia High-Tech. Moim zdaniem podstawą jest tu zmiana programu nauczania. Jego niezbędnym elementem powinny stać się zajęcia na temat różnic kulturowych. Muszą to być zajęcia obligatoryjne we wszystkich typach szkół. Im wcześniej byłyby wprowadzane do programu tym lepiej. Dzięki temu zapobiegniemy poczuciu wyobcowania wśród mniejszości etnicznych. Poza tym należy położyć nacisk na umiejętność selekcjonowania informacji. Samo zdobycie informacji nie stanowi dzisiaj najmniejszego problemu. Mamy wręcz do czynienia z szumem informacyjnym. Wiedza teoretyczna obecnie szybko się deaktualizuje; dlatego powinna ustąpić miejsca praktyce. Liczba przedmiotów obligatoryjnych powinna zostać maksymalnie ograniczona. Odpowiedzialność za kształt swojego programu nauczania powinni wziąć na siebie uczniowie. De facto to właśnie oni najlepiej znają swoje zainteresowania i możliwości. Takie podejście bez wątpienia zwiększyłoby wśród nich motywację do nauki. Nie wyładowywaliby tak bardzo swojej agresji na kolegach i nauczycielach.
Czy należy bać się Niemiec?
11 lut
Niektórzy czytelnicy zastanawiają się pewnie: Co takiego interesującego jest w Niemczech? Przecież to nasi oprawcy. Ci mniej radykalnie nastawieni powiedzą: “historii się nie cofnie. Patrzmy w przyszłość. Nie ekscytujmy się jednak Niemcami, bo nie warto”. Poza wszystkim, oni są przecież w jakimś sensie nieobliczalni. Lepiej trzymać ich na dystans.
Co do tego, że należy przyjąć przyszłościową optykę, a historię oddzielić „grubą linią” – tak w Polsce symboliczną – mogę się zgodzić. Interesujące jest jednak, czy Polacy wiedzą jakie naprawdę są dziś Niemcy. Czy trzeba się ich bać? Odpowiedzi na te pytania szukam rzecz jasna nie tylko ja. Robi to chociażby, w jednym z ostatnich numerów magazynu „Europa” – dodatku do Newsweeka, amerykański politolog John C. Kornblum: w artykule „Berlin w centrum świata”. Warto znaleźć na nie odpowiedzi.
Dla mnie osobiście Niemcy są krajem pasjonującym. Staram się je jak najdokładniej obserwować, możliwie najlepiej zrozumieć. Są one dla mnie takim społeczno-politycznym mikrokosmosem, barometrem współczesnych społeczeństw. Sąsiedzkim poletkiem badawczym. Wydaje się, że obserwacja Niemiec pozwala dostrzec tendencje, które z dużą dozą prawdopodobieństwa staną się udziałem społeczeństwa globalnego.
W debacie publicznej w kontekście Niemiec pada ostatnio coraz częściej zarzut, że ichniejsze społeczeństwo się radykalizuje. Miałoby to świadczyć o pewnym, płynącym z jego strony zagrożeniu. Obserwując od blisko dziesięciu lat niemiecką scenę polityczną nie mogę rzeczywiście nie zauważać pewnych symptomów radykalizacji postaw społecznych. O owej radykalizacji świadczyć może dość wysoki i stale rosnący poziom poparcia wyborczego dla skrajnie prawicowej NPD we wschodnich Niemczech. Rodzi się jednak pytanie: jak należy ten fakt interpretować? Proponuję spojrzeć na to z pewną dozą zrozumienia. Widzę w tych wynikach pewną oznakę zagubienia. Wyborcy myślą: świat nie jest już taki, jak kiedyś, lecz zupełnie inny – zrobię wszystko żeby przywrócić świat, o którym słyszałem od rodziny, czy w którym dorastałem – silne Niemcy. Przyznajmy, że my też miewamy problem z tym, jak zmienia się otoczenie wokół nas. Nie można więc mówić o jakimś uogólnionym wzroście niemieckiego egoizmu narodowego. Czy Polska rzeczywiście różni się aż tak bardzo? Czy nie brak w naszym społeczeństwie postaw radykalnych? Otóż są one normalnym zjawiskiem w czasie zwątpienia w dotychczas wyznawane wartości. Nie ma tu znaczenia, czy mówimy o Polakach, Niemcach czy Francuzach.
Obserwujemy w Niemczech wyraźne sygnały przemian. Życie społeczne nieustannie bowiem ewoluuje. Zmienia się struktura demograficzna i etniczna społeczeństw, minimalizuje się rola państwa narodowego, zmienia się globalny układ sił. Punkt ciężkości nieuchronnie przenosi się w kierunku Azji – Chin i Indii. Dla przykładu gospodarka chińska jest dziś ośmiokrotnie silniejsza od niemieckiej. Nie ma sensu się przeciw temu buntować, trzeba to zaakceptować.
Przykład Niemiec niezwykle dobitnie pokazuje, że w obliczu globalizacji Europa na nowo szuka obecnie swojej tożsamości. Stąd owa nieco może radykalna chęć powrotu do korzeni kulturowych. Nie można się jednak temu dziwić. Kultura zachodnia – Europa i USA popadła w konsumpcyjny letarg połączony z kryzysem podstawowych wartości. Żyjemy w epoce skrajnego indywidualizmu. Świat zachodni relatywnie mało wytwarza, za to dużo konsumuje. Zbyt powoli zauważa konsekwencje zmian demograficznych. Nieuchronna jest więc ingerencja migrantów ze wschodniego kręgu kulturowego. Wpływy azjatyckie coraz śmielej zaznaczają się w europejskiej kuchni. Któż z nas nie jada tureckich Kebabów czy japońskiego Sushi? Na ulicach pojawia się coraz więcej imigrantów bez których pomału nie wyobrażamy sobie życia. To oni wykonują w Europie zachodniej najmniej prestiżowe prace fizyczne. Szybko okazuje się jednak, że nie wielu z nas, Europejczyków, widzi w tym coś złego. Problem pojawia się jedynie wtedy, gdy zdesperowani imigranci wychodzą na ulice europejskich miast, by ostro zamanifestować walkę o swoje prawa. To czego świadkami są obecnie Niemcy i cała Europa Zachodnia to namiastka nieuchronnego „zderzenia cywilizacji” o którym pisał Samuel P. Huntington. Problemem pozostaje nasza reakcja na nową sytuację. Jeżeli zamiast rywalizować będziemy się się szanować – wówczas unikniemy komplikacji.
Niemcy mają w tym nowym zglobalizowanym świecie szczególną rolę do odegrania. Z uwagi na to, że nadal są najsilniejszą europejską gospodarką, z globalną siecią wpływów i rozwiniętą infrastrukturą, powinny one pozostać głównym filarem Unii Europejskiej. Byłoby to logiczną konsekwencją ich historycznych obciążeń. Gdyby Niemcy zdecydowały się rzetelnie przejąć rolę lidera UE we współpracy z Azją mieliby szansę, w moich oczach, na rehabilitację za krzywdy, jakich dokonali niegdyś ich przodkowie. Historii się nie cofnie. Można jednak w poczuciu odpowiedzialności konstruktywnie kreować przyszłość. Takie jest moje oczekiwanie wobec współczesnych Niemiec. Dlatego ze zrozumieniem przyjmuję mniej lub bardziej radykalne zmaganie niemieckiego społeczeństwa ze współczesnością i własną historią. Jestem za tym, by Niemiec nie przekreślać. Należy dać im szansę. One są dziś przygotowane na wzięcie odpowiedzialności za Europę oraz w pełni świadome swej historycznej odpowiedzialności.
Olimpiada w nazistowskim kurorcie?
8 lut
Jak donoszą niemieckie media – konkretnie tygodnik Der Spiegel w jednym z ostatnich numerów – odżyła wśród polityków niemieckich koncepcja zorganizowania Igrzysk Olimpijskich 2018 w Garmisch-Partenkirchen. To bawarskie miasteczko, położone niedaleko Monachium było w czasach hitlerowskich głównym ośrodkiem sportów zimowych w III Rzeszy Niemieckiej. W 1936 roku gmina Garmisch-Partenkirchen gościła już zimowe Igrzyska Olimpijskie. Uczestniczyło w nich wówczas 28 krajów. Liczba uczestników, sportowców i działaczy wynosiła wówczas 1100 osób. Na tegorocznej olimpiadzie w Vancouver, niemiecka delegacja pod przewodnictwem ministra spraw wewnętrznych Thomasa de Maiziere i premiera Bawarii Horsta Seehofera, przedstawi wstępne założenia tej inicjatywy. Koncepcja ze zrozumiałych względów wzbudziła kontrowersje – czy aby na pewno zasadne?
Wydaje mi się, że współczesny świat, jak jeszcze nigdy wcześniej, potrzebuje powrotu do wartości naczelnych. Obecnie brakuje nam czasu na refleksję i zadumę. Dzisiejszy człowiek goni za pieniądzem i konsumpcją, zapominając o sprawach fundamentalnych. Olimpiada w takim miejscu, poza wymiarem sportowego widowiska, miałaby także wymiar symboliczny. W miejscu wypoczynki i rozrywki dygnitarzy zbrodniczego systemu ponownie, tym razem w duchu wolności, tolerancji i zasad fair play, mogliby zetknąć się sportowcy oraz kibice z niemal całego świata..
Również sama idea ruchu olimpijskiego zdaje się potrzebować odnowy. Sport jest dziś bowiem zdominowany przez pieniądz, lobby koncernów sportowych – producentów sprzętu oraz nielegalne stosowanie środków dopingujących. Nie było w ostatnich latach olimpiady, zimowej czy letniej, która obyłaby się bez przypadków wykrycia niedozwolonych środków wspomagających. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pierwotna idea olimpijska zakładała pokojową rywalizację amatorów. W pierwotnym założeniu faktyczny wynik nie miał przesądzać o wartości uczestniczenia w zawodach. Istotniejszy był sam fakt pokonywania własnych słabości. W zmaganiach uczestniczyli jedynie sportowcy-amatorzy, a nie, jak dziś: profesjonaliści. Gdzie podziały się te szlachetne ideały? Zdaje się, że nie wrócą już one do sportu. Dlatego tak szczególnej roli nabiera choćby wymiar symboliczny. Jak pokazały Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej z 2006 roku – Niemcy doskonale zdają sobie sprawę ze znaczenia symboliki. Piłkarskie mistrzostwa odbywające się pod hasłem „Welt zu Gast bei Freunden” – „Świat w gościnie u przyjaciół”, były wszędzie na świecie chwalone za organizację i przyjazną atmosferę.
Dlaczego miałoby więc być inaczej w wypadku zimowej olimpiady w Garmisch-Partenkirchen? Tym bardziej, że odbywałaby się ona w tak symbolicznym miejscu. Naznaczenie historią prześladowań społeczności żydowskiej stanęłoby w kontraście do szeroko dziś promowanych idei otwartości i tolerancji. Uważam też, że olimpiada byłaby znakomitą okazją, by szerszą publiczność – ku przestrodze przyszłych pokoleń – zapoznać z historycznym kontekstem tego projektu. Dodatkowym argumentem za organizacją olimpiady w Garmisch-Partenkirchen jest jego światowa renoma. Ostatecznie to właśnie tu w Nowy Rok odbywa się jeden z konkursów „Turnieju Czterech Skoczni”. Popularne „Ga-Pa” ma więc już dziś konotację raczej pozytywną, a infrastruktura sportowa, hotelowa i gastronomiczna jest bez zarzutu. Ma to z punktu widzenia organizacyjnego kolosalne znaczenie.
„O dwóch takich co mieli…” antyniemieckie fobie
5 lut
Wstyd mi, jestem niezwykle zbulwersowany kiedy czytam w prasie o polskich fobiach odnośnie innego narodu. Ostatnio przeczytałem, że parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości – panowie Zbigniew Kozak i Andrzej Jaworski wyrazili swoje niezadowolenie z umieszczenia w Gdyni tablicy upamiętniającej ofiary zatopienia okrętu pasażerskiego “Wilhelm Gustloff”.
Jak donosi wczorajsza „Gazeta Wyborcza” posłowie ci napisali list w którym stwierdzają ,że zwrot „Pamięci ofiar” to „gloryfikacja” pewnych wydarzeń i osób. Ich zdaniem na tablicę pamiątkową bardziej zasługuje Armia Czerwona, której okręt podwodny storpedował „Wilhelma Gustloffa” ratując tym samym kilka tysięcy istnień ludzkich.
Absolutnie nie widzę w tym rozumowaniu cienia logiki. Gdyby uznać je za słuszne należałoby zrównać z ziemią wszystkie cmentarze żołnierzy niemieckich czy radzieckich na terenie Polski. Gdzie u tych panów poszanowanie dla godności ofiar? Czy znajdujące się na pokładzie Wilhelma Gustloffa – m. In. 400 dziewcząt, które były wojskowymi telefonistkami, telegrafistkami, maszynistkami, kreślarkami i pielęgniarkami. 162 rannych żołnierzy Wehrmachtu oraz 4424 uciekinierów, wśród których byli funkcjonariusze organizacji Todta, junkrzy, policjanci, gestapowcy i ich rodziny, czy wszyscy oni stanowili w ogóle jeszcze, jak sugerują połowie, duże zagrożenie? Wyobrażam sobie jakie larum podnieśliby Ci panowie i ich środowisko, gdyby miało chodzić o tablicę upamiętniającą Polaków na kresach! A że nie chodzi o Polaków to można i należy, zdaniem posłów Prawa i Sprawiedliwości – Zbigniewa Kozaka i Andrzeja Jaworskiego, sprawę przemilczeć.
Wypowiedzi w tym duchu nieprzystoją polskim parlamentarzystom – „wybrańcom narodu” jak ich określa Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Takie opinie nie wpływają też pozytywnie na polsko-niemieckie relacje. Nie budują pożądanego przez nas wszystkich, pozytywnego wizerunku Polski w świecie. Ta tablica to żadna „gloryfikacja”, to „pamięć” o ofiarach. Na taką pamięć zasługuje każda osoba, niezależnie od tego czy ojcowie i mężowie tych ofiar należeli do NSDAP czy Wermachtu. To zatrważające, że niektórzy polscy parlamentarzyści nie rozumieją tak elementarnych kwestii. A może chodzi im o marne zaistnienie w świadomości publicznej? Czy ktokolwiek słyszał o jakiejkolwiek innej aktywności poselskiej tych panów? Może dopiero ta sprawa pozwoliła im zaistnieć? Szkoda, że w tak skandaliczny sposób!
Niemiecka wizja operacji afgańskiej
3 lut
W ostatnich dniach niemiecką debatę publiczną zdominował temat operacji militarnej w Afganistanie. Wydaje się, że warto zebrać i ocenić najistotniejsze głosy w tej dyskusji.
Na wstępie tej analizy można postawić tezę, że jest to jedna z niewielu ostatnio kwestii spornych w czarno–żółtej koalicji. Ogólnie obowiązuje bowiem wspólna linia, porozumienie ponad podziałami. Jest to swoją drogą ten element kultury politycznej Niemiec, którego polska klasa polityczna mogłaby się nauczyć od swojego zachodniego sąsiada. Oto w kwestiach międzynarodowych, a zwłaszcza dotyczących bezpieczeństwa, obowiązuje w Niemczech wspólne stanowisko.
Dla kanclerz Angeli Merkel, która prezentowała ostatnio rządową strategię misji afgańskiej, jest jasne, że sam pacyfizm nie buduje politycznych rozwiązań. Pani kanclerz dobitnie podkreśla również rolę, jaką w procesie stabilizacji w regionie ma do odegrania Pakistan. Twierdzi ona, że bez wsparcia ze strony Pakistanu nie ma mowy o zaprowadzeniu w tamtej części świata twałego ładu. Ponadto szefowa niemieckiego rządu opowiada się za stworzeniem „sieci międzynarodowego bezpieczeństwa” na rzecz stabilizacji w Afganistanie. Angela Merkel stanowczo zaznacza, że nie chodzi jej o przeniesienie na grunt afgański modelu rządów znanych nam w Europie. Chodzi oto, aby zneutralizować zagrożenie ponownego wzrostu znaczenia Talibów na afgańskiej scenie politycznej. Zagroziłoby to rozprzestrzenieniem się terroryzmu. Merkel twierdzi, że osłabiając Talibów osłabia się także siatkę terrorystyczną Al –Kaidy, a słabość tej organizacji doprowadzi w konsekwencji do większego respektowania elementarnych praw człowieka w Afganistanie. W swoich wypowiedziach publicznych w tej sprawie, kanclerz podkreśla, że Niemcy, ale i ogólnie – Europejczycy uczestniczą w tej operacji także w trosce o europejskie bezpieczeństwo.
Bardziej szczegółowe informacje co do niemieckiej wizji operacji afgańskiej, płyną rzecz jasna z ust szefa niemieckiego MSZ, wicekanclerza Guido Westerwelle’go. Niemiecki minister uważa, że największym dotychczasowym sukcesem działań w Afganistanie jest wzrost dostępności edukacji. Trzeba przy tym dodać, że 1/3 uczniów stanowią dziewczynki. Jak na specyfikę arabskich społeczeństw to już dużo. Westerwelle zaznacza, że intencją Niemiec jest by już od końca 2010 roku zacząć, dystrykt po dystrykcie, przekazywać władzę nowopowstającym afgańskim siłom bezpieczeństwa. Operacja ta rozpocznie się od północnych, bardziej stabilnych społecznie prowincji Afganistanu. Zamiarem niemieckiego rządu jest stopniowe ograniczanie kontyngentu Bundeswehry od 2011 roku.
Do całkowitego przekazania władzy Afgańczykom ma dojść w 2014 roku. Ten harmonogram niemieckich działań oparty jest na wynikach rozmów z afgańskim prezydentem Hamidem Karzaj’em. Niemcy zobowiązały się, że będą służyły pomocą w znalezieniu „nowej drogi” dla Afganistanu, tak długo jak to będzie od nich oczekiwane.
Minister spraw Zagranicznych RFN jest zdania, że obecna sytuacja wymaga zmiany punktu widzenia na całą operację afgańską. Jego zdaniem zbyt długo panowało iluzoryczne przekonanie, że problemy Afganistanu uda się rozwiązać jedynie siłą militarną. Westerwelle uważa, że teraz trzeba postawić akcent na kształcenie nowych afgańskich służb bezpieczeństwa i elit politycznych. Bez tego nie może być mowy o stabilizacji w tym kraju. Co warte podkreślenia przy tej okazji, Westerwelle nie widzi sprzeczności między pojęciami stabilizacji i demokratyzacji – on je wręcz utożsamia, jeżeli chodzi o sprawę afgańską.
W wywiadach prasowych minister podkreśla, że rząd CDU/CSU-FDP, od początku trwania misji w Afganistanie określa konkretne cele dla gospodarczej i społecznej odbudowy północnego Afganistanu, za który Niemcy swego czasu wzięli odpowiedzialność. Zostały już sformułowane konkretne cele w zakresie poziomu dostępności do edukacji, wody pitnej i energii elektrycznej. Zdaniem ministra Niemcy muszą ciągle jeszcze zwiększyć kontyngent służb specjalnych przysyłanych do Afganistanu celem szkolenia miejscowych służb. Optymalnie byłoby, w opinii Westerwelle’go szkolenie ok. 5.000 afgańskich policjantów rocznie. Minister pytany o to co sądzi o krytyce operacji afgańskiej, jaka wyszła z ust bp Margot Käßmann, stwierdził, że ignoruje ona tym samym wszystko to, co już udało się osiągnąć, czyli niemało…
Berlińskie Szachy – Czy „Czarno-Żółci” się wypalili?
1 lut
W ostatnim czasie minęło sto dni funkcjonowania koalicyjnego rządu CDU/CSU-FDP. Analizując doniesienia z Berlina można odnieść wrażenie, że nie spełnia on oczekiwań społecznych. Liczono na opartą na kompromisie, zgodną współpracę. Wydaje się jednak, że obecnej sytuacji bliżej do walki Dawida z Goliatem. Oto CDU po czterech latach trudnej koalicji z SPD stara się wybić na niekwestionowaną liderkę tego tria. Chrześcijańscy demokraci doszli bowiem do wniosku, że ich koalicyjny partner – liberalna FDP, będąc partią dużo mniejszą, jest łatwa do zdominowania. Jak się okazuje, nic bardziej mylnego.
Partia Guida Westerwelle’go jest na fali. Uzyskała najlepszy wynik od kilkunastu lat. Ani więc myśli przyjąć rolę kwiatka do kożucha. Tym czasem CDU odnotowała spadek poparcia gdy chodzi o tzw. „drugie głosy”, tj. oddane na listy partyjne. Tzw. czarno-żółta, konserwatywno–mieszczańska koalicja jest więc w kryzysie. O czasach świetnej współpracy na linii Helmut Kohl – Hans-Dietrich Genscher czytać można już tylko w podręcznikach historii i archiwach prasowych. Każda z partii, choć formalnie w koalicji, prowadzi własną grę. Czy jednak można się temu dziwić? Co taka sytuacja de facto oznacza dla Polski? Który wariant byłby z polskiego punktu widzenia najlepszy?
Odnosząc się do pierwszego z pytań trzeba by udzielić odpowiedzi przeczącej. Ta sytuacja nie powinna nas, obserwatorów, szczególnie dziwić. Podstawowa przyczyna leży w tym, że partie wystartowały do zeszłorocznych wyborów z innego punktu wyjścia. CDU/CSU tworzyły wcześniej wielką koalicję z SPD. Liberałowie z FDP byli w tym czasie w opozycji. Chadecy mieli w związku z tym sytuację trudniejszą. Każda partia rządząca „zużywa się” w odbiorze społecznym w trakcie sprawowania władzy. Partia Westerwelle’go, po latach w opozycji czuła głód władzy, a podbudowana najlepszym od lat wynikiem, walczy o swoją autonomię.
W tym samym czasie CDU musi zaś po raz kolejny szukać swojej tożsamości, utwierdzić swój topniejący z roku na rok elektorat, że nadal ma profil chadecki. Jednak jak tego dokonać w momencie kiedy po latach rządów z lewicą przychodzi jej współrządzić z liberałami? Z kolei rządząc z liberałami jak przekonać ich do potrzeby walki o kwestie socjalne. Przecież z każdym rokiem problem opieki społecznej zyskuje w Niemczech na znaczeniu. Sytuacja demograficzna nie jest korzystna – społeczeństwo się starzeje, rosną nakłady na opiekę społeczną.
Kolejne problemy, które znajdują odbicie w obecnej sytuacji politycznej Niemiec to spadek zaufania do klasy politycznej oraz kryzys instytucji państwa narodowego. Szczególnie jest to widoczne w obliczu globalnego kryzysu gospodarczego. Efekt jest więc taki, że oto mało wyraziste ideologicznie partie, zajęte partykularnymi gierkami wewnętrznymi oraz między sobą, oddalają się od wyborców. Nie może w związku z tym dziwić, najsłabszy od 2006 roku, poziom poparcia dla kanclerz Angeli Merkel. Obecnie jedynie ok. 60% Niemców, dobrze wypowiada się o jej działaniach.
Partie zaczynają wyczuwać, że same nie są w stanie podołać wyzwaniom globalizacji. Instrumenty realnej polityki są dziś bowiem w rękach lobbystów z różnych związków zawodowych – grup interesu. Politycy chcąc dalej funkcjonować na scenie politycznej muszą brać na siebie nierealne do spełnienia zobowiązania wobec związków zawodowych. Problem jest jednak w tym, że niezadowolone związki zawodowe mają w odróżnieniu od partii, prawo do strajku. Każdy taki strajk np. komunikacji publicznej skutecznie paraliżuje gospodarkę całych Niemiec; teoretycznie więc największą gospodarkę narodową w Unii Europejskiej.
Co ta, ostatnio nieco skomplikowana, sytuacja polityczna w Niemczech oznacza dla Polski i stosunków polsko-niemieckich?
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że każdy nawet najmniejszy, kryzys polityczny w Niemczech jest mniej lub bardziej niekorzystny dla Polski. W interesie Polski jest stabilizacja na niemieckiej scenie politycznej. Zachwiania mogą spowodować, że niemiecka dbałość o interesy polskie w świecie zachodnim osłabnie. Kwestia stosunku do Polski często może być bowiem wykorzystywana w niemieckich rozgrywkach wewnętrznych. Dzisiaj również mamy do czynienia z akcentem polskim w tej kryzysowej sytuacji. Koalicjantów między Renem a Odrą dzieli stosunek do kandydatury Eriki Steinbach (CDU) do rady fundacji „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie”. Celem tej fundacji będzie nadzór powstającego w Berlinie muzeum wysiedlonych. Liberałowie z FDP, w trosce o dobre stosunki z Polską, są przeciwni tej kandydaturze.
Wydaje mi się, że na pewno w interesie Polski, ale także samych Niemiec, byłby w obecnej sytuacji, rząd o profilu możliwie jak najbardziej socjalliberalnym. Rząd zbyt konserwatywny nie byłby dobry dla coraz bardziej zróżnicowanych etnicznie Niemiec. Wzrosłoby wśród imigrantów poczucie społecznego odrzucenia. W konsekwencji mogłoby to prowadzić nawet do wybuchu zamieszek na ulicach. W skrajnym wypadku mogłaby się powtórzyć sytuacji z przedmieść francuskich metropolii. Na razie na szczęście udaje się temu w Niemczech zapobiec. Nie można tego jednak wykluczyć przy dalszym wzroście społecznej frustracji.
W jaki sposób pamiętać o przeszłości?
30 sty
Przed paroma dniami obchodziliśmy 65-lecie wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau. Bliskość tej daty skłania do refleksji nad tym, w jaki sposób należy zachowywać pamięć historyczną. W kontekście stosunków polsko-niemieckich, odpowiedź na to pytanie nabiera szczególnego znaczenia.
Ilekroć myślę o relacjach bilateralnych Polski i Niemiec, pojawia się u mnie wątpliwość: czy rzeczywiście stosunki te były tak złe, jak wynika z lektury podręczników do historii? Zwykło się mawiać, że historia jest nauczycielką życia, jednak czasem i ona kreuje mylny obraz rzeczywistości. Często napotykamy na próby jej relatywizowania. Niejednokrotnie widać to właśnie w przypadku relacji Polski z Niemcami.
W polskiej historiografii nacisk kładzie się na historię II Wojny Światowej. Co było wcześniej i później? – to jakby sprawa drugorzędna. Daleki jestem przy tym od umniejszania odpowiedzialności nazistowskich Niemiec za wybuch II Wojny Światowej. To przecież hitlerowskie Niemcy zerwały podpisany 26 stycznia 1934, pakt o nieagresji. Tego faktu nikt dziś, także w Niemczech, nie neguje. Mówiła o tym kanclerz Angela Merkel 1 września 2009 roku na Westerplatte. Nie trudno uznać, że ta jedna tragedia zaprzecza wszelkiej możliwości komunikacji. Warto jednak zastanowić się, czy wrogość jest stałym i nieodzownym elementem polsko-niemieckich relacji.
II Wojna Światowa jest dla mnie, nad wyraz skandalicznym, ale jednak epizodem w generalnie bardzo dobrych relacjach dwustronnych. W moim rozumieniu Polska i Niemcy mogą i powinny współpracować. Historia nie powinna dzielić lecz uczyć i jednoczyć. Przykłady owocnego współdziałania i koegzystencji mamy na kartach wcześniejszych dziejów. Dokonując krótkiej retrospekcji wskazać można wiek XVI, kiedy król Zygmunt Stary zezwolił na osiedlanie się protestantów, także niemieckich, na terenach Rzeczypospolitej. Wiek XVIII przyniósł 60 lat panowania saskiej dynastii Wettinów na tronie polskim.
W XIX wieku za sprawą Xawerego Druckiego-Lubeckiego, mieliśmy do czynienia z falą osadnictwa niemieckiego w Królestwie Polskim. Oto bezrobotni Niemcy na bardzo korzystnych warunkach mogli osiedlać się na terenach dzisiejszej Polski. Tworzono dla nich specjalne wsie gdzie, tak długo jak to było im potrzebne mogli kultywować swoją tradycję religijną, językową i kulturową. Z czasem zaś świadomie i dobrowolnie asymilowali się z polską większością. Taki program osadnictwa znakomicie wpływał na gospodarkę. Otwierał się nowy rynek zbytu ? Prusy. Niemieccy koloniści zapewniali gospodarce Królestwa Polskiego, postęp technologiczny. Przywozili bowiem ze sobą nowatorską wówczas wiedzę.
W wieku XX, przed II Wojną Światową, Polacy traktowani byli w Niemczech, również bardzo poprawnie. Mieli status mniejszości narodowej, posiadali przedstawicieli w niemieckim parlamencie. W okresie PRL Niemcy zachodnie organizowały akcje pomocowe. Po zapoczątkowanym w 1980 roku w Gdańsku ? przełomie roku 1989, Niemcy stały się ambasadorem polskiej racji stanu na zachodzie Europy. Wspierały polskie starania o integrację z NATO i Unią Europejską.
Moim zdaniem w dwustronnych relacjach Polski i Niemiec powinny panować reguły partnerskie i przyjacielskie. Oznacza to ,że każda ze stron powinna przyjąć na siebie pewne zadania. Rolą Polski jest w tym wypadku dbanie o relacje z Europą Wschodnią. Zadaniem Niemiec jest wspieranie interesów Polski w jej relacjach z resztą świata zachodniego.
Skoro mowa o kontekście historycznym – na zakończenie chciałem się ustosunkować do kwestii projektu pod tytułem ?Widomy Znak?. Otóż jestem jego zagorzałym przeciwnikiem, zwłaszcza w proponowanej obecnie formie. Moim zdaniem autorka projektu Erika Steinbach nie powinna być osobą odpowiedzialną za realizację tego projektu. Wątpliwości budzi bowiem kwestia czy rzeczywiście można ją zaliczyć do grona wypędzonych? W moim przeświadczeniu, nie. Dlatego, że nie każdy kto urodził się na terenie obecnej Polski i ją opuścił, nawet pod przymusem, zasługuje na ten status. Dla mnie pani Steinbach mogłaby mieć status wypędzonej, gdyby jej rodzina od co najmniej trzech pokoleń zamieszkiwała na terenach obecnej Polski. Nie zaś w wypadku gdy jest ona córką stacjonującego tu wówczas pilota Luftwaffe i przypadkiem urodziła się w Rumi, w obecnym województwie pomorskim.
Jednocześnie, żeby była jasność, nie neguję konieczności upamiętnienia ofiar wysiedleń. Gorąco popieram utworzenie ?Europejskiego Centrum Przeciwko Wypędzeniom?. Problem wysiedleń nie dotyczy bowiem jedynie stosunków polsko?niemieckich. Nie ma też zupełnie powodu dla którego mielibyśmy problematykę wysiedleń rozpatrywać w tym zdecydowanie zawężonym kontekście.
