Polityka
Jakie wnioski płyną z tragedii smoleńskiej?
6 sie
Jak wspominałem wcześniej, przez ostatnie pięć miesięcy miałem zaszczyt reprezentować Polskę na stypendium Bundestagu –Internationales Parlaments-Stipendium des Deutschen Bundestages (IPS). Przez cały czas pamiętałem o tym, że najgorsze co mógłbym zrobić w tym czasie to przynieść Polsce wstyd. Robiłem co mogłem. Z jakim skutkiem?,nie mnie to oceniać. Mam nadzieję, że jednak nienajgorzej.
To właśnie w Berlinie dotarła do mnie wiadomość o największej katastrofie lotniczej w najnowszej historii Polski. Jak wielu, nie mogłem się z tym pogodzić!. Zginęli przecież przedstawiciele elit politycznych ze wszystkich klubów parlamentarnych reprezentowanych w parlamencie. Nasi przyjaciele, stypendyści z 26 krajów uczestniczących w programie (IPS), składali kondolencje grupie polskiej. W obliczu tragedii można było odczuć ich wsparcie. Przy tej okazji, jeszcze raz za nie bardzo im wszystkim dziękuję. By uniknąć myśli depresyjnych, starałem się wybiegać w przyszłość. Myślałem sobie: Cały świat nam współczuje. Pokażmy jako Polska, że potrafimy być razem. Z informacji jakie do mnie docierały, tak rzeczywiście było. Społeczeństwo polskie pokazało się światu jako wspólnota. Przez około dwa tygodnie. Tyle właśnie trwała podniosła atmosfera.
Wyniki wyborów prezydenckich były dla mnie, w pewnym sensie, rozczarowujące. Jasno pokazały, że obecnie nie może być mowy o zasypywaniu podziałów, budowie faktycznego porozumienia. Porozumienia, które wydawało mi się jedyną rozsądną konsekwencją smoleńskiej tragedii. Istniejące od kilku lat różnice jeszcze mocniej się zaznaczyły.
Mam nadzieję, że nie będę złym prorokiem. Wydaje mi się jednak, że perspektywy dla polskiego społeczeństwa nie są najlepsze. Wygląda na to, że nadal będziemy mieć w Polsce dwa równolegle funkcjonujące społeczeństwa. Co więcej społeczeństwa bez absolutnie żadnych punktów stycznych, proeuropejską Polskę zachodnią i katolicko-narodową Polskę wschodnią. Nie pamiętam żeby podział ten był kiedykolwiek tak wyraźny jak teraz. Obecnie jest on wręcz rażący. Jeżeli obecny stan rzeczy będzie się utrwalał możemy doczekać się w przyszłości sytuacji podobnej jak na Ukrainie. Nasi wschodni sąsiedzi, partnerzy i przyjaciele, są jako społeczeństwo, również podzieleni. Z jednej strony są oligarchowie, z drugiej zaś, ludzie mniej zamożni, żyjący z poczuciem frustracji. Ludzie którzy jedyną nadzieję odnajdują w Kościele. W ostatnich latach Polska, bardzo słusznie, zaangażowała się w pomoc Ukrainie, walkę o nasze wspólne interesy. Postrzegamy siebie jako ambasadora jej interesów w kontaktach z Europą zachodnią. Oby obecna sytuacja nie doprowadziła do tego, że Polska mająca ambicje lidera regionu Europy Środkowo -Wschodniej, sama będzie potrzebować pomocy w łagodzeniu sporów wewnętrznych. Oznaczałoby to, że jako kraj nie jesteśmy w stanie sprostać celom jakie sobie wyznaczyliśmy. To wywołałoby u naszych partnerów uśmiech politowania. Nie oto nam przecież chodzi.
Już od paru dni w Warszawie, pod Pałacem Prezydenckim, możemy obserwować do czego prowadzi zupełnie irracjonalny fanatyzm na podłożu religijnym. Trzeba tu dodać, fanatyzm wzmocniony poparciem pewnej siły politycznej. Dobitnie świadczy o tym obecność na Krakowskim Przedmieściu, niektórych posłów największej partii opozycyjnej – Prawa i Sprawiedliwości.
Ich zaangażowanie w „ obronę krzyża”, niewątpliwie wzmacnia u wiecujących przekonanie o słuszności ich działań. Powoduje, że stają się oni jeszcze bardziej fanatyczni. Bardzo obawiam się konsekwencji jakie ta sytuacja może ze sobą przynieść. Nie wolno przecież zapominać, że środowisko skupione w „ Komitecie Obrony Krzyża” nie ma w tym społeczeństwie monopolu na: prawdę, polskość ani symbole narodowe. Jako obywatel oczekuję, że Polska będzie krajem neutralnym światopoglądowo, gdzie każdy obywatel znajdzie swoje miejsce. Niezależnie od płci, wieku, wyznania i narodowości.
IPS – Podsumowanie
2 sie
Pięciomiesięczny program stypendialny Internationales Parlaments-Stipendium (IPS), w Bundestagu dobiegł końca. Dlatego chciałbym podsumować ten czas. Może niektóre moje spostrzeżenia i uwagi okażą się pomocne dla następnych roczników stypendystów?
Z całą pewnością uczestnictwo w tym programie warte jest rozważania. Ma on bowiem wiele zalet. Najważniejszą z nich jest możliwość nawiązania kontaktów z przedstawicielami 26 krajów. Konieczność ciągłego używania języka niemieckiego sprawia, że program staje się jednocześnie pięciomiesięcznym kursem językowym.
Początki tego stypendium sięgają lat 70-tych XX wieku. Mimo tak długiego okresu jego trwania, cały czas jest to dość prestiżowa pozycja w życiorysie. Także mimo tego ,że w tym roku mija już 20 rocznica uczestnictwa reprezentantów Polski w tym programie.
Przy wszystkich zaletach, jest także parę rzeczy na które należy uważać. Często fakt samego zakwalifikowania się pobudza u przyszłych stypendystów wyobraźnię, gwałtownie rosną oczekiwania. Pojawia się myślenie: „Skoro jestem stypendystą Bundestagu to….” Następnie pojawia się cały szereg oczekiwań i wyobrażeń. Jak to w życiu, praktyka często je z czasem weryfikuje. Dlatego bardzo przestrzegam przyszłych stypendystów przed zbyt wygórowanymi oczekiwaniami. Im mniej będziecie oczekiwać tym lepiej dla was.
Najważniejszym punktem tego programu jest 15 -tygodniowa praktyka w biurze poselskim posła do Bundestagu. Z tym właśnie wiążą się zwykle największe oczekiwania. Tym czasem warto być przygotowanym na to, że może być różnie. Mam tu na myśli ilość i charakter wykonywanych zadań. Jedni stypendyści mają bardzo dużo obowiązków, inni znacznie mniej. Wszystko zależy od tego do jakiego biura poselskiego się trafi. Na to stypendysta ma jednak ograniczony wpływ. Dlatego pojawia się czasem u niektórych rozczarowanie. Druga istotna sprawa to częstotliwość kontaktów z samym politykiem. Tu także nie ma reguły. Warto być przygotowanym na to, że większość czasu będzie się spędzać z kierownikiem biura. To głównie kierownicy biur, wyznaczają stypendystom zadania. Czasem także proszą samych stypendystów o wskazanie dziedziny, którą chcieliby się zajmować. To jednak sporadyczne przypadki. Dla rozczarowanych pracą biurową lub atmosferą w nim, możliwością pozostaje uczestnictwo w wykładach uniwersyteckich. Stypendium IPS jest bowiem organizowane przy współudziale wszystkich 3 berlińskich uniwersytetów.
Jak wspominałem już we wcześniejszym tekście, istotną częścią tego stypendium są wizyty w fundacjach politycznych, powiązanych z poszczególnymi partiami. W tym roku takich seminariów było w sumie 6. Trzeba jednak wiedzieć, że w przyszłym roku stypendyści odwiedzą 2 fundacje. Jedno seminarium odbędzie się w fundacji powiązanej z koalicją rządową, drugie w fundacji jednej z partii opozycyjnych. Przypuszczalnie będą to więc wizyty w Konrad Adenauer Stiftung i Friedrich Ebert Stiftung. To przecież one związane są z dwiema najbardziej znaczącymi obecnie niemieckimi partiami. W tym roku w programie uczestniczyło 114 osób z 27 krajów. W przyszłym roku liczba uczestników ma być ograniczona do około 60-ciu. Jednocześnie liczba krajów uczestniczących w programie ma pozostać bez zmian. Ograniczenia te mają oczywiście ścisły związek z cięciami budżetowymi z powodu światowego kryzysu finansowego.
Pierwszy miesiąc
29 mar
Od blisko miesiąca jestem w Niemczech. Jako jeden z sześciorga obywateli polskich reprezentuję Rzeczpospolitą Polską ,w gronie stypendystów programu Internationales Parlaments Stipendium des Deutschen Bundestages 2010.
Z mojego punku widzenia może nawet bardziej precyzyjnie byłoby napisać, że reprezentuję tu zarówno Polskę, ale również polską mniejszość niemiecką. Jestem bowiem jedynym polskim stypendystą, który otwarcie przyznaje się nie tylko do swojej polskości, ale także do częściowo niemieckiego pochodzenia.
To pięciomiesięczne stypendium składać się będzie z praktyki w biurze poselskim posła do Bundestagu. Ja odbywam praktykę w biurze pana Thomasa Lutze (Die Linke), posła z okręgu wyborczego Saarlouis. Ze względu na specyfikę tej pracy, nie będę informował o jej szczegółach.
W ramach naszego stypendium odbywać się będą również konferencje naukowe. Będą one organizowane przez fundacje polityczne powiązane z poszczególnymi partiami politycznymi. Obecnie odbywa się pierwsza tego rodzaju konferencja. Jej organizatorem jest Friedrich Naumann Siftung. Jest to fundacja powiązana z liberalną FDP. W pierwszej kolejności gościny udziela nam Teodor Heuss Akademie w Gummersbach. Miasto to położone jest w Nadrenii Westfalii około 50-ciu km od Kolonii.
Europejska Unia Narodów i mniejszość niemiecka w RP wspierają Związek Polaków na Białorusi
26 lut
Na Opolszczyźnie gościła ostatnio delegacja FUEN (Federal Union of European Nationalities). Z inicjatywy przewodniczącego tej organizacji – Hansa Heinricha Hansena, byłego przewodniczącego mniejszości niemieckiej w Danii, napisano wspólny list protestacyjny działaczy FUEN i mniejszości niemieckiej w Polsce w obronie Związku Polaków na Białorusi.
Autorzy listu piszą, że Związek Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce i Europejska Unia Narodów zdecydowanie potępiają represje rządu w Mińsku wobec Polaków mieszkających na Białorusi. Autorzy zaznaczają jednocześnie, że ten problem jest im znany od lat i zawsze budził sprzeciw, teraz jednak zdecydowanie się nasilił. Sygnatariusze protestu podkreślają, że obserwują w ostatnim czasie zjawisko eskalacji wrogich zachowań wobec Polaków.
Władze FUEN, jako przedstawiciele mniejszości narodowych w Europie, są szczególnie wyczulone na przejawy dyskryminacji w stosunku do członków organizacji mniejszości etnicznych. W piśmie protestacyjnym podkreślono również, że zwalczanie mniejszości narodowych stoi w jawnej sprzeczności z regułami prawnymi przyjętymi w Unii Europejskiej. Jest to bowiem, jak czytamy w liście, przejaw łamania praw człowieka i obywatela.
Przy tej okazji Hans Heinrich Hansen pochwalił nowe władze mniejszości niemieckiej, pod przewodnictwem Bernarda Gaida, za kompromisowy i spokojny styl współdziałania pomiędzy mniejszością niemiecką i polskimi władzami.
W skład FUEN wchodzi 86 organizacji mniejszości narodowych z 32 krajów. Podstawowym celem organizacji jest dbałość o kulturową różnorodność Europy z jej blisko 300 mniejszościami narodowymi.
„Trójkąt Weimarski” w Bundestagu
23 lut
Dziś w Bundestagu odbyła się kolejna tura rozmów w ramach Trójkąta Weimarskeigo. Na czele polskiej delegacji parlamentarnej stali: senator Edmund Wittbrodt – przewodniczący senackiej Komisji do spraw Unii Europejskiej oraz przewodniczący sejmowej Komisji do spraw Unii Europejskiej – poseł Stanisław Rakoczy.
Polski senator, w swojej wypowiedzi dla prasy, położył nacisk na konieczność stworzenia mechanizmów szybkiego ostrzegania na wypadek kryzysu gospodarczego.
Zdaniem Wittbrodta Unia Europejska popełniła błąd zezwalając Grecji na przekroczenie bezpiecznego progu deficytu budżetowego. Teraz, jego zdaniem, możliwości działania są już mocno ograniczone. Przy tej okazji polski parlamentarzysta zaznaczył, że Polska, która być może stanie się członkiem strefy Euro w 2015 roku, przeprowadza obecnie reformę finansów publicznych. Jej celem jest dostosowanie polskiego deficytu budżetowego do standarów określonych w przyjętym przez Unię Europejską „Pakcie Stabilności i Wzrostu”. Wyznaczone tam standardy nie mogą zostać przekroczone – podkreślił Wittbrodt.
Poseł Stanisław Rakoczy w swoim wystąpieniu, podkreślał natomiast rolę jaką mają do odegrania państwa członkowskie „Trójkąta Weimarskiego” (Polska, Niemcy. Francja) w procesie kreowania wspólnej polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i współpracy militarnej.„Uczymy się od siebie wzajemnie” – powiedział polski polityk. Posel zwrócił tez uwagę na wzrost znaczenia parlamentów narodowych na mocy Traktatu Lizbońskiego. Traktat ten bowiem bezpośrednio angażuje parlamenty narodowe w monitorowanie procesu legislacyjnego Unii Europejskiej.
Berlińskie spotkanie było już trzecim z kolei, spotkaniem polityków różnego szczebla w ramach „Trójkąta Weimarskiego” w ostatnich miesiącach. W przyszłości spotkania odbywać się będą co pół roku. Następne zaplanowane jest na jesień br. we Francji.
Przypadek Floriana K. – Kryzys niemieckiej oświaty
21 lut
Znowu blady strach padł na niemieckie szkoły - i to z zadziwiającą regularnością. Blisko rok po masakrze w Winenden i Wendlingen am Neckar k. Stuttgartu, gdzie zginęło łącznie 15 osób. Sprawca zdarzenia: 17-letni zabójca popełnił samobójstwo.
Do podobnego przypadku doszło w mijającym tygodniu. Florian K. - 23-letni były uczeń szkoły zawodowej w Ludwigshafen sterroryzował swoje dawne miejsce nauki. Korzystając z wywołanego tym samym ogólnego zamieszania, śmiertelnie ranił nożem jednego z nauczycieli. Uczeń był wcześniej usunięty ze szkoły za złe wyniki w nauce.
Obie te sytuacje, jakże podobne, wskazują na aktualność problemu terroru w niemieckich szkołach. Co jest jego podłożem? Dostrzegam kilka przyczyn. Podstawowa z nich to oczywiście frustracja. To ona prowadzi jednostki ku potrzebie spektakularnego zwrócenia na siebie uwagi. Jest to jednak tylko brutalna konsekwencja systemowych zaniedbań. Winę za taki stan rzeczy ponosi państwo, w przypadku Niemiec ściślej kraje związkowe. Jakie to zaniedbania? Przede wszystkim chyba niedofinansowanie edukacji. Wydaje mi się, że stała się ona ofiarą zbyt rozbudowanego w Niemczech systemu opieki społecznej.
W ostatnich latach źle rozkładano środki budżetowe, zwiększano nakłady na zasiłek dla bezrobotnych, tzw. Hartz IV. Działo się to między innymi ze szkodą dla systemu oświaty. Jako niedofinansowana z roku na rok traciła ona na jakości. Wiedza zdobyta w szkole przestała już zapewniać poczucie choćby minimalnego komfortu na rynku pracy. Karierę w mediach robi teraz Arno Dübel – bezrobotny mieszkaniec Hamburga, od 36 lat korzystający wyłącznie z zasiłków. Ten uczestnik programów rozrywkowych i debat telewizjnych twierdzi, że w Niemczech nie warto pracować. Bez cienia skrupułów doradza jak wyłudzić pieniądze z opieki społecznej. Ma on już nawet swój internetowy fanklub. Takie właśnie rozłożenie akcentów i środków budżetowych połączone z przyzwoleniem społecznym rodzi frustrację i agresję młodzieży, stawiając pod znakiem zapytania jej perspektywy. Ofiarami takiego rozgoryczenia padli już wcześniej koledzy ze szkoły w Winenden, teraz przyszedł czas na nauczyciela z Ludwigshafen.
Jak można rozwiązać ten problem ? Czego potrzeba dzisiejszej oświacie? To pytania niezwykle istotne w zglobalizowanym świecie. W ostatnich latach do podobnych przypadków terroru w szkołach dochodziło przecież także np. w USA, by wspomnieć masakrę w Virginia High-Tech. Moim zdaniem podstawą jest tu zmiana programu nauczania. Jego niezbędnym elementem powinny stać się zajęcia na temat różnic kulturowych. Muszą to być zajęcia obligatoryjne we wszystkich typach szkół. Im wcześniej byłyby wprowadzane do programu tym lepiej. Dzięki temu zapobiegniemy poczuciu wyobcowania wśród mniejszości etnicznych. Poza tym należy położyć nacisk na umiejętność selekcjonowania informacji. Samo zdobycie informacji nie stanowi dzisiaj najmniejszego problemu. Mamy wręcz do czynienia z szumem informacyjnym. Wiedza teoretyczna obecnie szybko się deaktualizuje; dlatego powinna ustąpić miejsca praktyce. Liczba przedmiotów obligatoryjnych powinna zostać maksymalnie ograniczona. Odpowiedzialność za kształt swojego programu nauczania powinni wziąć na siebie uczniowie. De facto to właśnie oni najlepiej znają swoje zainteresowania i możliwości. Takie podejście bez wątpienia zwiększyłoby wśród nich motywację do nauki. Nie wyładowywaliby tak bardzo swojej agresji na kolegach i nauczycielach.
Czy należy bać się Niemiec?
11 lut
Niektórzy czytelnicy zastanawiają się pewnie: Co takiego interesującego jest w Niemczech? Przecież to nasi oprawcy. Ci mniej radykalnie nastawieni powiedzą: “historii się nie cofnie. Patrzmy w przyszłość. Nie ekscytujmy się jednak Niemcami, bo nie warto”. Poza wszystkim, oni są przecież w jakimś sensie nieobliczalni. Lepiej trzymać ich na dystans.
Co do tego, że należy przyjąć przyszłościową optykę, a historię oddzielić „grubą linią” – tak w Polsce symboliczną – mogę się zgodzić. Interesujące jest jednak, czy Polacy wiedzą jakie naprawdę są dziś Niemcy. Czy trzeba się ich bać? Odpowiedzi na te pytania szukam rzecz jasna nie tylko ja. Robi to chociażby, w jednym z ostatnich numerów magazynu „Europa” – dodatku do Newsweeka, amerykański politolog John C. Kornblum: w artykule „Berlin w centrum świata”. Warto znaleźć na nie odpowiedzi.
Dla mnie osobiście Niemcy są krajem pasjonującym. Staram się je jak najdokładniej obserwować, możliwie najlepiej zrozumieć. Są one dla mnie takim społeczno-politycznym mikrokosmosem, barometrem współczesnych społeczeństw. Sąsiedzkim poletkiem badawczym. Wydaje się, że obserwacja Niemiec pozwala dostrzec tendencje, które z dużą dozą prawdopodobieństwa staną się udziałem społeczeństwa globalnego.
W debacie publicznej w kontekście Niemiec pada ostatnio coraz częściej zarzut, że ichniejsze społeczeństwo się radykalizuje. Miałoby to świadczyć o pewnym, płynącym z jego strony zagrożeniu. Obserwując od blisko dziesięciu lat niemiecką scenę polityczną nie mogę rzeczywiście nie zauważać pewnych symptomów radykalizacji postaw społecznych. O owej radykalizacji świadczyć może dość wysoki i stale rosnący poziom poparcia wyborczego dla skrajnie prawicowej NPD we wschodnich Niemczech. Rodzi się jednak pytanie: jak należy ten fakt interpretować? Proponuję spojrzeć na to z pewną dozą zrozumienia. Widzę w tych wynikach pewną oznakę zagubienia. Wyborcy myślą: świat nie jest już taki, jak kiedyś, lecz zupełnie inny – zrobię wszystko żeby przywrócić świat, o którym słyszałem od rodziny, czy w którym dorastałem – silne Niemcy. Przyznajmy, że my też miewamy problem z tym, jak zmienia się otoczenie wokół nas. Nie można więc mówić o jakimś uogólnionym wzroście niemieckiego egoizmu narodowego. Czy Polska rzeczywiście różni się aż tak bardzo? Czy nie brak w naszym społeczeństwie postaw radykalnych? Otóż są one normalnym zjawiskiem w czasie zwątpienia w dotychczas wyznawane wartości. Nie ma tu znaczenia, czy mówimy o Polakach, Niemcach czy Francuzach.
Obserwujemy w Niemczech wyraźne sygnały przemian. Życie społeczne nieustannie bowiem ewoluuje. Zmienia się struktura demograficzna i etniczna społeczeństw, minimalizuje się rola państwa narodowego, zmienia się globalny układ sił. Punkt ciężkości nieuchronnie przenosi się w kierunku Azji – Chin i Indii. Dla przykładu gospodarka chińska jest dziś ośmiokrotnie silniejsza od niemieckiej. Nie ma sensu się przeciw temu buntować, trzeba to zaakceptować.
Przykład Niemiec niezwykle dobitnie pokazuje, że w obliczu globalizacji Europa na nowo szuka obecnie swojej tożsamości. Stąd owa nieco może radykalna chęć powrotu do korzeni kulturowych. Nie można się jednak temu dziwić. Kultura zachodnia – Europa i USA popadła w konsumpcyjny letarg połączony z kryzysem podstawowych wartości. Żyjemy w epoce skrajnego indywidualizmu. Świat zachodni relatywnie mało wytwarza, za to dużo konsumuje. Zbyt powoli zauważa konsekwencje zmian demograficznych. Nieuchronna jest więc ingerencja migrantów ze wschodniego kręgu kulturowego. Wpływy azjatyckie coraz śmielej zaznaczają się w europejskiej kuchni. Któż z nas nie jada tureckich Kebabów czy japońskiego Sushi? Na ulicach pojawia się coraz więcej imigrantów bez których pomału nie wyobrażamy sobie życia. To oni wykonują w Europie zachodniej najmniej prestiżowe prace fizyczne. Szybko okazuje się jednak, że nie wielu z nas, Europejczyków, widzi w tym coś złego. Problem pojawia się jedynie wtedy, gdy zdesperowani imigranci wychodzą na ulice europejskich miast, by ostro zamanifestować walkę o swoje prawa. To czego świadkami są obecnie Niemcy i cała Europa Zachodnia to namiastka nieuchronnego „zderzenia cywilizacji” o którym pisał Samuel P. Huntington. Problemem pozostaje nasza reakcja na nową sytuację. Jeżeli zamiast rywalizować będziemy się się szanować – wówczas unikniemy komplikacji.
Niemcy mają w tym nowym zglobalizowanym świecie szczególną rolę do odegrania. Z uwagi na to, że nadal są najsilniejszą europejską gospodarką, z globalną siecią wpływów i rozwiniętą infrastrukturą, powinny one pozostać głównym filarem Unii Europejskiej. Byłoby to logiczną konsekwencją ich historycznych obciążeń. Gdyby Niemcy zdecydowały się rzetelnie przejąć rolę lidera UE we współpracy z Azją mieliby szansę, w moich oczach, na rehabilitację za krzywdy, jakich dokonali niegdyś ich przodkowie. Historii się nie cofnie. Można jednak w poczuciu odpowiedzialności konstruktywnie kreować przyszłość. Takie jest moje oczekiwanie wobec współczesnych Niemiec. Dlatego ze zrozumieniem przyjmuję mniej lub bardziej radykalne zmaganie niemieckiego społeczeństwa ze współczesnością i własną historią. Jestem za tym, by Niemiec nie przekreślać. Należy dać im szansę. One są dziś przygotowane na wzięcie odpowiedzialności za Europę oraz w pełni świadome swej historycznej odpowiedzialności.
Olimpiada w nazistowskim kurorcie?
8 lut
Jak donoszą niemieckie media – konkretnie tygodnik Der Spiegel w jednym z ostatnich numerów – odżyła wśród polityków niemieckich koncepcja zorganizowania Igrzysk Olimpijskich 2018 w Garmisch-Partenkirchen. To bawarskie miasteczko, położone niedaleko Monachium było w czasach hitlerowskich głównym ośrodkiem sportów zimowych w III Rzeszy Niemieckiej. W 1936 roku gmina Garmisch-Partenkirchen gościła już zimowe Igrzyska Olimpijskie. Uczestniczyło w nich wówczas 28 krajów. Liczba uczestników, sportowców i działaczy wynosiła wówczas 1100 osób. Na tegorocznej olimpiadzie w Vancouver, niemiecka delegacja pod przewodnictwem ministra spraw wewnętrznych Thomasa de Maiziere i premiera Bawarii Horsta Seehofera, przedstawi wstępne założenia tej inicjatywy. Koncepcja ze zrozumiałych względów wzbudziła kontrowersje – czy aby na pewno zasadne?
Wydaje mi się, że współczesny świat, jak jeszcze nigdy wcześniej, potrzebuje powrotu do wartości naczelnych. Obecnie brakuje nam czasu na refleksję i zadumę. Dzisiejszy człowiek goni za pieniądzem i konsumpcją, zapominając o sprawach fundamentalnych. Olimpiada w takim miejscu, poza wymiarem sportowego widowiska, miałaby także wymiar symboliczny. W miejscu wypoczynki i rozrywki dygnitarzy zbrodniczego systemu ponownie, tym razem w duchu wolności, tolerancji i zasad fair play, mogliby zetknąć się sportowcy oraz kibice z niemal całego świata..
Również sama idea ruchu olimpijskiego zdaje się potrzebować odnowy. Sport jest dziś bowiem zdominowany przez pieniądz, lobby koncernów sportowych – producentów sprzętu oraz nielegalne stosowanie środków dopingujących. Nie było w ostatnich latach olimpiady, zimowej czy letniej, która obyłaby się bez przypadków wykrycia niedozwolonych środków wspomagających. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pierwotna idea olimpijska zakładała pokojową rywalizację amatorów. W pierwotnym założeniu faktyczny wynik nie miał przesądzać o wartości uczestniczenia w zawodach. Istotniejszy był sam fakt pokonywania własnych słabości. W zmaganiach uczestniczyli jedynie sportowcy-amatorzy, a nie, jak dziś: profesjonaliści. Gdzie podziały się te szlachetne ideały? Zdaje się, że nie wrócą już one do sportu. Dlatego tak szczególnej roli nabiera choćby wymiar symboliczny. Jak pokazały Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej z 2006 roku – Niemcy doskonale zdają sobie sprawę ze znaczenia symboliki. Piłkarskie mistrzostwa odbywające się pod hasłem „Welt zu Gast bei Freunden” – „Świat w gościnie u przyjaciół”, były wszędzie na świecie chwalone za organizację i przyjazną atmosferę.
Dlaczego miałoby więc być inaczej w wypadku zimowej olimpiady w Garmisch-Partenkirchen? Tym bardziej, że odbywałaby się ona w tak symbolicznym miejscu. Naznaczenie historią prześladowań społeczności żydowskiej stanęłoby w kontraście do szeroko dziś promowanych idei otwartości i tolerancji. Uważam też, że olimpiada byłaby znakomitą okazją, by szerszą publiczność – ku przestrodze przyszłych pokoleń – zapoznać z historycznym kontekstem tego projektu. Dodatkowym argumentem za organizacją olimpiady w Garmisch-Partenkirchen jest jego światowa renoma. Ostatecznie to właśnie tu w Nowy Rok odbywa się jeden z konkursów „Turnieju Czterech Skoczni”. Popularne „Ga-Pa” ma więc już dziś konotację raczej pozytywną, a infrastruktura sportowa, hotelowa i gastronomiczna jest bez zarzutu. Ma to z punktu widzenia organizacyjnego kolosalne znaczenie.
„O dwóch takich co mieli…” antyniemieckie fobie
5 lut
Wstyd mi, jestem niezwykle zbulwersowany kiedy czytam w prasie o polskich fobiach odnośnie innego narodu. Ostatnio przeczytałem, że parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości – panowie Zbigniew Kozak i Andrzej Jaworski wyrazili swoje niezadowolenie z umieszczenia w Gdyni tablicy upamiętniającej ofiary zatopienia okrętu pasażerskiego “Wilhelm Gustloff”.
Jak donosi wczorajsza „Gazeta Wyborcza” posłowie ci napisali list w którym stwierdzają ,że zwrot „Pamięci ofiar” to „gloryfikacja” pewnych wydarzeń i osób. Ich zdaniem na tablicę pamiątkową bardziej zasługuje Armia Czerwona, której okręt podwodny storpedował „Wilhelma Gustloffa” ratując tym samym kilka tysięcy istnień ludzkich.
Absolutnie nie widzę w tym rozumowaniu cienia logiki. Gdyby uznać je za słuszne należałoby zrównać z ziemią wszystkie cmentarze żołnierzy niemieckich czy radzieckich na terenie Polski. Gdzie u tych panów poszanowanie dla godności ofiar? Czy znajdujące się na pokładzie Wilhelma Gustloffa – m. In. 400 dziewcząt, które były wojskowymi telefonistkami, telegrafistkami, maszynistkami, kreślarkami i pielęgniarkami. 162 rannych żołnierzy Wehrmachtu oraz 4424 uciekinierów, wśród których byli funkcjonariusze organizacji Todta, junkrzy, policjanci, gestapowcy i ich rodziny, czy wszyscy oni stanowili w ogóle jeszcze, jak sugerują połowie, duże zagrożenie? Wyobrażam sobie jakie larum podnieśliby Ci panowie i ich środowisko, gdyby miało chodzić o tablicę upamiętniającą Polaków na kresach! A że nie chodzi o Polaków to można i należy, zdaniem posłów Prawa i Sprawiedliwości – Zbigniewa Kozaka i Andrzeja Jaworskiego, sprawę przemilczeć.
Wypowiedzi w tym duchu nieprzystoją polskim parlamentarzystom – „wybrańcom narodu” jak ich określa Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Takie opinie nie wpływają też pozytywnie na polsko-niemieckie relacje. Nie budują pożądanego przez nas wszystkich, pozytywnego wizerunku Polski w świecie. Ta tablica to żadna „gloryfikacja”, to „pamięć” o ofiarach. Na taką pamięć zasługuje każda osoba, niezależnie od tego czy ojcowie i mężowie tych ofiar należeli do NSDAP czy Wermachtu. To zatrważające, że niektórzy polscy parlamentarzyści nie rozumieją tak elementarnych kwestii. A może chodzi im o marne zaistnienie w świadomości publicznej? Czy ktokolwiek słyszał o jakiejkolwiek innej aktywności poselskiej tych panów? Może dopiero ta sprawa pozwoliła im zaistnieć? Szkoda, że w tak skandaliczny sposób!
Niemiecka wizja operacji afgańskiej
3 lut
W ostatnich dniach niemiecką debatę publiczną zdominował temat operacji militarnej w Afganistanie. Wydaje się, że warto zebrać i ocenić najistotniejsze głosy w tej dyskusji.
Na wstępie tej analizy można postawić tezę, że jest to jedna z niewielu ostatnio kwestii spornych w czarno–żółtej koalicji. Ogólnie obowiązuje bowiem wspólna linia, porozumienie ponad podziałami. Jest to swoją drogą ten element kultury politycznej Niemiec, którego polska klasa polityczna mogłaby się nauczyć od swojego zachodniego sąsiada. Oto w kwestiach międzynarodowych, a zwłaszcza dotyczących bezpieczeństwa, obowiązuje w Niemczech wspólne stanowisko.
Dla kanclerz Angeli Merkel, która prezentowała ostatnio rządową strategię misji afgańskiej, jest jasne, że sam pacyfizm nie buduje politycznych rozwiązań. Pani kanclerz dobitnie podkreśla również rolę, jaką w procesie stabilizacji w regionie ma do odegrania Pakistan. Twierdzi ona, że bez wsparcia ze strony Pakistanu nie ma mowy o zaprowadzeniu w tamtej części świata twałego ładu. Ponadto szefowa niemieckiego rządu opowiada się za stworzeniem „sieci międzynarodowego bezpieczeństwa” na rzecz stabilizacji w Afganistanie. Angela Merkel stanowczo zaznacza, że nie chodzi jej o przeniesienie na grunt afgański modelu rządów znanych nam w Europie. Chodzi oto, aby zneutralizować zagrożenie ponownego wzrostu znaczenia Talibów na afgańskiej scenie politycznej. Zagroziłoby to rozprzestrzenieniem się terroryzmu. Merkel twierdzi, że osłabiając Talibów osłabia się także siatkę terrorystyczną Al –Kaidy, a słabość tej organizacji doprowadzi w konsekwencji do większego respektowania elementarnych praw człowieka w Afganistanie. W swoich wypowiedziach publicznych w tej sprawie, kanclerz podkreśla, że Niemcy, ale i ogólnie – Europejczycy uczestniczą w tej operacji także w trosce o europejskie bezpieczeństwo.
Bardziej szczegółowe informacje co do niemieckiej wizji operacji afgańskiej, płyną rzecz jasna z ust szefa niemieckiego MSZ, wicekanclerza Guido Westerwelle’go. Niemiecki minister uważa, że największym dotychczasowym sukcesem działań w Afganistanie jest wzrost dostępności edukacji. Trzeba przy tym dodać, że 1/3 uczniów stanowią dziewczynki. Jak na specyfikę arabskich społeczeństw to już dużo. Westerwelle zaznacza, że intencją Niemiec jest by już od końca 2010 roku zacząć, dystrykt po dystrykcie, przekazywać władzę nowopowstającym afgańskim siłom bezpieczeństwa. Operacja ta rozpocznie się od północnych, bardziej stabilnych społecznie prowincji Afganistanu. Zamiarem niemieckiego rządu jest stopniowe ograniczanie kontyngentu Bundeswehry od 2011 roku.
Do całkowitego przekazania władzy Afgańczykom ma dojść w 2014 roku. Ten harmonogram niemieckich działań oparty jest na wynikach rozmów z afgańskim prezydentem Hamidem Karzaj’em. Niemcy zobowiązały się, że będą służyły pomocą w znalezieniu „nowej drogi” dla Afganistanu, tak długo jak to będzie od nich oczekiwane.
Minister spraw Zagranicznych RFN jest zdania, że obecna sytuacja wymaga zmiany punktu widzenia na całą operację afgańską. Jego zdaniem zbyt długo panowało iluzoryczne przekonanie, że problemy Afganistanu uda się rozwiązać jedynie siłą militarną. Westerwelle uważa, że teraz trzeba postawić akcent na kształcenie nowych afgańskich służb bezpieczeństwa i elit politycznych. Bez tego nie może być mowy o stabilizacji w tym kraju. Co warte podkreślenia przy tej okazji, Westerwelle nie widzi sprzeczności między pojęciami stabilizacji i demokratyzacji – on je wręcz utożsamia, jeżeli chodzi o sprawę afgańską.
W wywiadach prasowych minister podkreśla, że rząd CDU/CSU-FDP, od początku trwania misji w Afganistanie określa konkretne cele dla gospodarczej i społecznej odbudowy północnego Afganistanu, za który Niemcy swego czasu wzięli odpowiedzialność. Zostały już sformułowane konkretne cele w zakresie poziomu dostępności do edukacji, wody pitnej i energii elektrycznej. Zdaniem ministra Niemcy muszą ciągle jeszcze zwiększyć kontyngent służb specjalnych przysyłanych do Afganistanu celem szkolenia miejscowych służb. Optymalnie byłoby, w opinii Westerwelle’go szkolenie ok. 5.000 afgańskich policjantów rocznie. Minister pytany o to co sądzi o krytyce operacji afgańskiej, jaka wyszła z ust bp Margot Käßmann, stwierdził, że ignoruje ona tym samym wszystko to, co już udało się osiągnąć, czyli niemało…
