Wpisy otagowane Niemcy

IPS – Podsumowanie

Pięciomiesięczny program stypendialny Internationales Parlaments-Stipendium (IPS), w Bundestagu dobiegł końca. Dlatego chciałbym podsumować ten czas. Może niektóre moje spostrzeżenia i uwagi okażą się pomocne dla następnych roczników stypendystów?

Z całą pewnością uczestnictwo w tym programie warte jest rozważania. Ma on bowiem wiele zalet. Najważniejszą z nich jest możliwość nawiązania kontaktów z przedstawicielami 26 krajów. Konieczność ciągłego używania języka niemieckiego sprawia, że program staje się jednocześnie pięciomiesięcznym kursem językowym.

Początki tego stypendium sięgają lat 70-tych XX wieku. Mimo tak długiego okresu jego trwania, cały czas jest to dość prestiżowa pozycja w życiorysie. Także mimo tego ,że w tym roku mija już 20 rocznica uczestnictwa reprezentantów Polski w tym programie.

Przy wszystkich zaletach, jest także parę rzeczy na które należy uważać. Często fakt samego zakwalifikowania się pobudza u przyszłych stypendystów wyobraźnię, gwałtownie rosną oczekiwania. Pojawia się myślenie: „Skoro jestem stypendystą Bundestagu to….” Następnie pojawia się cały szereg oczekiwań i wyobrażeń. Jak to w życiu, praktyka często je z czasem weryfikuje. Dlatego bardzo przestrzegam przyszłych stypendystów przed zbyt wygórowanymi oczekiwaniami. Im mniej będziecie oczekiwać tym lepiej dla was.

Najważniejszym punktem tego programu jest 15 -tygodniowa praktyka w biurze poselskim posła do Bundestagu. Z tym właśnie wiążą się zwykle największe oczekiwania. Tym czasem warto być przygotowanym na to, że może być różnie. Mam tu na myśli ilość i charakter wykonywanych zadań. Jedni stypendyści mają bardzo dużo obowiązków, inni znacznie mniej. Wszystko zależy od tego do jakiego biura poselskiego się trafi. Na to stypendysta ma jednak ograniczony wpływ. Dlatego pojawia się czasem u niektórych rozczarowanie. Druga istotna sprawa to częstotliwość kontaktów z samym politykiem. Tu także nie ma reguły. Warto być przygotowanym na to, że większość czasu będzie się spędzać z kierownikiem biura. To głównie kierownicy biur, wyznaczają stypendystom zadania. Czasem także proszą samych stypendystów o wskazanie dziedziny, którą chcieliby się zajmować. To jednak sporadyczne przypadki. Dla rozczarowanych pracą biurową lub atmosferą w nim, możliwością pozostaje uczestnictwo w wykładach uniwersyteckich. Stypendium IPS jest bowiem organizowane przy współudziale wszystkich 3 berlińskich uniwersytetów.

Jak wspominałem już we wcześniejszym tekście, istotną częścią tego stypendium są wizyty w fundacjach politycznych, powiązanych z poszczególnymi partiami. W tym roku takich seminariów było w sumie 6. Trzeba jednak wiedzieć, że w przyszłym roku stypendyści odwiedzą 2 fundacje. Jedno seminarium odbędzie się w fundacji powiązanej z koalicją rządową, drugie w fundacji jednej z partii opozycyjnych. Przypuszczalnie będą to więc wizyty w Konrad Adenauer Stiftung i Friedrich Ebert Stiftung. To przecież one związane są z dwiema najbardziej znaczącymi obecnie niemieckimi partiami. W tym roku w programie uczestniczyło 114 osób z 27 krajów. W przyszłym roku liczba uczestników ma być ograniczona do około 60-ciu. Jednocześnie liczba krajów uczestniczących w programie ma pozostać bez zmian. Ograniczenia te mają oczywiście ścisły związek z cięciami budżetowymi z powodu światowego kryzysu finansowego.

Pierwszy miesiąc

Od blisko miesiąca jestem w Niemczech. Jako jeden z sześciorga obywateli polskich reprezentuję Rzeczpospolitą Polską ,w gronie stypendystów programu Internationales Parlaments Stipendium des Deutschen Bundestages 2010.

Z mojego punku widzenia może nawet bardziej precyzyjnie byłoby napisać, że reprezentuję tu zarówno Polskę, ale również polską mniejszość niemiecką. Jestem bowiem jedynym polskim stypendystą, który otwarcie przyznaje się nie tylko do swojej polskości, ale także do częściowo niemieckiego pochodzenia.

To pięciomiesięczne stypendium składać się będzie z praktyki w biurze poselskim posła do Bundestagu. Ja odbywam praktykę w biurze pana Thomasa Lutze (Die Linke), posła z okręgu wyborczego Saarlouis. Ze względu na specyfikę tej pracy, nie będę informował o jej szczegółach.

W ramach naszego stypendium odbywać się będą również konferencje naukowe. Będą one organizowane przez fundacje polityczne powiązane z poszczególnymi partiami politycznymi. Obecnie odbywa się pierwsza tego rodzaju konferencja. Jej organizatorem jest Friedrich Naumann Siftung. Jest to fundacja powiązana z liberalną FDP. W pierwszej kolejności gościny udziela nam Teodor Heuss Akademie w Gummersbach. Miasto to położone jest w Nadrenii Westfalii około 50-ciu km od Kolonii.

Przypadek Floriana K. – Kryzys niemieckiej oświaty

Znowu blady strach padł na niemieckie szkoły - i to z zadziwiającą regularnością. Blisko rok po masakrze w Winenden i Wendlingen am Neckar k. Stuttgartu, gdzie zginęło łącznie 15 osób. Sprawca zdarzenia: 17-letni zabójca popełnił samobójstwo.

Do podobnego przypadku doszło w mijającym tygodniu. Florian K. - 23-letni były uczeń szkoły zawodowej w Ludwigshafen sterroryzował swoje dawne miejsce nauki. Korzystając z wywołanego tym samym ogólnego zamieszania, śmiertelnie ranił nożem jednego z nauczycieli. Uczeń był wcześniej usunięty ze szkoły za złe wyniki w nauce.

Obie te sytuacje, jakże podobne, wskazują na aktualność problemu terroru w niemieckich szkołach. Co jest jego podłożem? Dostrzegam kilka przyczyn. Podstawowa z nich to oczywiście frustracja. To ona prowadzi jednostki ku potrzebie spektakularnego zwrócenia na siebie uwagi. Jest to jednak tylko brutalna konsekwencja systemowych zaniedbań. Winę za taki stan rzeczy ponosi państwo, w przypadku Niemiec ściślej kraje związkowe. Jakie to zaniedbania? Przede wszystkim chyba niedofinansowanie edukacji. Wydaje mi się, że stała się ona ofiarą zbyt rozbudowanego w Niemczech systemu opieki społecznej.

W ostatnich latach źle rozkładano środki budżetowe, zwiększano nakłady na zasiłek dla bezrobotnych, tzw. Hartz IV. Działo się to między innymi ze szkodą dla systemu oświaty. Jako niedofinansowana z roku na rok traciła ona na jakości. Wiedza zdobyta w szkole przestała już zapewniać poczucie choćby minimalnego komfortu na rynku pracy. Karierę w mediach robi teraz Arno Dübel – bezrobotny mieszkaniec Hamburga, od 36 lat korzystający wyłącznie z zasiłków. Ten uczestnik programów rozrywkowych i debat  telewizjnych twierdzi, że w Niemczech nie warto pracować. Bez cienia skrupułów doradza jak wyłudzić pieniądze z opieki społecznej. Ma on już nawet swój internetowy fanklub. Takie właśnie rozłożenie akcentów i środków budżetowych połączone z przyzwoleniem społecznym rodzi frustrację i agresję młodzieży, stawiając pod znakiem zapytania jej perspektywy. Ofiarami takiego rozgoryczenia padli już wcześniej koledzy ze szkoły w Winenden, teraz przyszedł czas na nauczyciela z Ludwigshafen.

Jak można rozwiązać ten problem ? Czego potrzeba dzisiejszej oświacie? To pytania niezwykle istotne w zglobalizowanym świecie. W ostatnich latach do podobnych przypadków terroru w szkołach dochodziło przecież także np. w USA, by wspomnieć masakrę w Virginia High-Tech. Moim zdaniem podstawą jest tu zmiana programu nauczania. Jego niezbędnym elementem powinny stać się zajęcia na temat różnic kulturowych. Muszą to być zajęcia obligatoryjne we wszystkich typach szkół. Im wcześniej byłyby wprowadzane do programu tym lepiej. Dzięki temu zapobiegniemy poczuciu wyobcowania wśród mniejszości etnicznych. Poza tym należy położyć nacisk na umiejętność selekcjonowania informacji. Samo zdobycie informacji nie stanowi dzisiaj najmniejszego problemu. Mamy wręcz do czynienia z szumem informacyjnym. Wiedza teoretyczna obecnie szybko się deaktualizuje; dlatego powinna ustąpić miejsca praktyce. Liczba przedmiotów obligatoryjnych powinna zostać maksymalnie ograniczona. Odpowiedzialność za kształt swojego programu nauczania powinni wziąć na siebie uczniowie. De facto to właśnie oni najlepiej znają swoje zainteresowania i możliwości. Takie podejście bez wątpienia zwiększyłoby wśród nich motywację do nauki. Nie wyładowywaliby tak bardzo swojej agresji na kolegach i nauczycielach.

Niemiecka wizja operacji afgańskiej

W ostatnich dniach niemiecką debatę publiczną zdominował temat operacji militarnej w Afganistanie. Wydaje się, że warto zebrać i ocenić najistotniejsze głosy w tej dyskusji.

Na wstępie tej analizy można postawić tezę, że jest to jedna z niewielu ostatnio kwestii spornych w czarno–żółtej koalicji. Ogólnie obowiązuje bowiem wspólna linia, porozumienie ponad podziałami. Jest to swoją drogą ten element kultury politycznej Niemiec, którego polska klasa polityczna mogłaby się nauczyć od swojego zachodniego sąsiada. Oto w kwestiach międzynarodowych, a zwłaszcza dotyczących bezpieczeństwa, obowiązuje w Niemczech wspólne stanowisko.

Dla kanclerz Angeli Merkel, która prezentowała ostatnio rządową strategię misji afgańskiej, jest jasne, że sam pacyfizm nie buduje politycznych rozwiązań. Pani kanclerz dobitnie podkreśla również rolę, jaką w procesie stabilizacji w regionie ma do odegrania Pakistan. Twierdzi ona, że bez wsparcia ze strony Pakistanu nie ma mowy o zaprowadzeniu w tamtej części świata twałego ładu. Ponadto szefowa niemieckiego rządu opowiada się za stworzeniem „sieci międzynarodowego bezpieczeństwa” na rzecz stabilizacji w Afganistanie. Angela Merkel stanowczo zaznacza, że nie chodzi jej o przeniesienie na grunt afgański modelu rządów znanych nam w Europie. Chodzi oto, aby zneutralizować zagrożenie ponownego wzrostu znaczenia Talibów na afgańskiej scenie politycznej. Zagroziłoby to rozprzestrzenieniem się terroryzmu. Merkel twierdzi, że osłabiając Talibów osłabia się także siatkę terrorystyczną Al –Kaidy, a słabość tej organizacji doprowadzi w konsekwencji do większego respektowania elementarnych praw człowieka w Afganistanie. W swoich wypowiedziach publicznych w tej sprawie, kanclerz podkreśla, że Niemcy, ale i ogólnie – Europejczycy uczestniczą w tej operacji także w trosce o europejskie bezpieczeństwo.

Bardziej szczegółowe informacje co do niemieckiej wizji operacji afgańskiej, płyną rzecz jasna z ust szefa niemieckiego MSZ, wicekanclerza Guido Westerwelle’go. Niemiecki minister uważa, że największym dotychczasowym sukcesem działań w Afganistanie jest wzrost dostępności edukacji. Trzeba przy tym dodać, że 1/3 uczniów stanowią dziewczynki. Jak na specyfikę arabskich społeczeństw to już dużo. Westerwelle zaznacza, że intencją Niemiec jest by już od końca 2010 roku zacząć, dystrykt po dystrykcie, przekazywać władzę nowopowstającym afgańskim siłom bezpieczeństwa. Operacja ta rozpocznie się od północnych, bardziej stabilnych społecznie prowincji Afganistanu. Zamiarem niemieckiego rządu jest stopniowe ograniczanie kontyngentu Bundeswehry od 2011 roku.

Do całkowitego przekazania władzy Afgańczykom ma dojść w 2014 roku. Ten harmonogram niemieckich działań oparty jest na wynikach rozmów z afgańskim prezydentem Hamidem Karzaj’em. Niemcy zobowiązały się, że będą służyły pomocą w znalezieniu „nowej drogi” dla Afganistanu, tak długo jak to będzie od nich oczekiwane.

Minister spraw Zagranicznych RFN jest zdania, że obecna sytuacja wymaga zmiany punktu widzenia na całą operację afgańską. Jego zdaniem zbyt długo panowało iluzoryczne przekonanie, że problemy Afganistanu uda się rozwiązać jedynie siłą militarną. Westerwelle uważa, że teraz trzeba postawić akcent na kształcenie nowych afgańskich służb bezpieczeństwa i elit politycznych. Bez tego nie może być mowy o stabilizacji w tym kraju. Co warte podkreślenia przy tej okazji, Westerwelle nie widzi sprzeczności między pojęciami stabilizacji i demokratyzacji – on je wręcz utożsamia, jeżeli chodzi o sprawę afgańską.

W wywiadach prasowych minister podkreśla, że rząd CDU/CSU-FDP, od początku trwania misji w Afganistanie określa konkretne cele dla gospodarczej i społecznej odbudowy północnego Afganistanu, za który Niemcy swego czasu wzięli odpowiedzialność. Zostały już sformułowane konkretne cele w zakresie poziomu dostępności do edukacji, wody pitnej i energii elektrycznej. Zdaniem ministra Niemcy muszą ciągle jeszcze zwiększyć kontyngent służb specjalnych przysyłanych do Afganistanu celem szkolenia miejscowych służb. Optymalnie byłoby, w opinii Westerwelle’go szkolenie ok. 5.000 afgańskich policjantów rocznie. Minister pytany o to co sądzi o krytyce operacji afgańskiej, jaka wyszła z ust bp Margot Käßmann, stwierdził, że ignoruje ona tym samym wszystko to, co już udało się osiągnąć, czyli niemało…

Berlińskie Szachy – Czy „Czarno-Żółci” się wypalili?

W ostatnim czasie minęło sto dni funkcjonowania koalicyjnego rządu CDU/CSU-FDP. Analizując doniesienia z Berlina można odnieść wrażenie, że nie spełnia on oczekiwań społecznych. Liczono na opartą na kompromisie, zgodną współpracę. Wydaje się jednak, że obecnej sytuacji bliżej do walki Dawida z Goliatem. Oto CDU po czterech latach trudnej koalicji z SPD stara się wybić na niekwestionowaną liderkę tego tria. Chrześcijańscy demokraci doszli bowiem do wniosku, że ich koalicyjny partner – liberalna FDP, będąc partią dużo mniejszą, jest łatwa do zdominowania. Jak się okazuje, nic bardziej mylnego.

Partia Guida Westerwelle’go jest na fali. Uzyskała najlepszy wynik od kilkunastu lat. Ani więc myśli przyjąć rolę kwiatka do kożucha. Tym czasem CDU odnotowała spadek poparcia gdy chodzi o tzw. „drugie głosy”, tj. oddane na listy partyjne. Tzw. czarno-żółta, konserwatywno–mieszczańska koalicja jest więc w kryzysie. O czasach świetnej współpracy na linii Helmut Kohl – Hans-Dietrich Genscher czytać można już tylko w podręcznikach historii i archiwach prasowych. Każda z partii, choć formalnie w koalicji, prowadzi własną grę. Czy jednak można się temu dziwić? Co taka sytuacja de facto oznacza dla Polski? Który wariant byłby z polskiego punktu widzenia najlepszy?
Odnosząc się do pierwszego z pytań trzeba by udzielić odpowiedzi przeczącej. Ta sytuacja nie powinna nas, obserwatorów, szczególnie dziwić. Podstawowa przyczyna leży w tym, że partie wystartowały do zeszłorocznych wyborów z innego punktu wyjścia. CDU/CSU tworzyły wcześniej wielką koalicję z SPD. Liberałowie z FDP byli w tym czasie w opozycji. Chadecy mieli w związku z tym sytuację trudniejszą. Każda partia rządząca „zużywa się” w odbiorze społecznym w trakcie sprawowania władzy. Partia Westerwelle’go, po latach w opozycji czuła głód władzy, a podbudowana najlepszym od lat wynikiem, walczy o swoją autonomię.

W tym samym czasie CDU musi zaś po raz kolejny szukać swojej tożsamości, utwierdzić swój topniejący z roku na rok elektorat, że nadal ma profil chadecki. Jednak jak tego dokonać w momencie kiedy po latach rządów z lewicą przychodzi jej współrządzić z liberałami? Z kolei rządząc z liberałami jak przekonać ich do potrzeby walki o kwestie socjalne. Przecież z każdym rokiem problem opieki społecznej zyskuje w Niemczech na znaczeniu. Sytuacja demograficzna nie jest korzystna – społeczeństwo się starzeje, rosną nakłady na opiekę społeczną.

Kolejne problemy, które znajdują odbicie w obecnej sytuacji politycznej Niemiec to spadek zaufania do klasy politycznej oraz kryzys instytucji państwa narodowego. Szczególnie jest to widoczne w obliczu globalnego kryzysu gospodarczego. Efekt jest więc taki, że oto mało wyraziste ideologicznie partie, zajęte partykularnymi gierkami wewnętrznymi oraz między sobą, oddalają się od wyborców. Nie może w związku z tym dziwić, najsłabszy od 2006 roku, poziom poparcia dla kanclerz Angeli Merkel. Obecnie jedynie ok. 60% Niemców, dobrze wypowiada się o jej działaniach.

Partie zaczynają wyczuwać, że same nie są w stanie podołać wyzwaniom globalizacji. Instrumenty realnej polityki są dziś bowiem w rękach lobbystów z różnych związków zawodowych – grup interesu. Politycy chcąc dalej funkcjonować na scenie politycznej muszą brać na siebie nierealne do spełnienia zobowiązania wobec związków zawodowych. Problem jest jednak w tym, że niezadowolone związki zawodowe mają w odróżnieniu od partii, prawo do strajku. Każdy taki strajk np. komunikacji publicznej skutecznie paraliżuje gospodarkę całych Niemiec; teoretycznie więc największą gospodarkę narodową w Unii Europejskiej.

Co ta, ostatnio nieco skomplikowana, sytuacja polityczna w Niemczech oznacza dla Polski i stosunków polsko-niemieckich?

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że każdy nawet najmniejszy, kryzys polityczny w Niemczech jest mniej lub bardziej niekorzystny dla Polski. W interesie Polski jest stabilizacja na niemieckiej scenie politycznej. Zachwiania mogą spowodować, że niemiecka dbałość o interesy polskie w świecie zachodnim osłabnie. Kwestia stosunku do Polski często może być bowiem wykorzystywana w niemieckich rozgrywkach wewnętrznych. Dzisiaj również mamy do czynienia z akcentem polskim w tej kryzysowej sytuacji. Koalicjantów między Renem a Odrą dzieli stosunek do kandydatury Eriki Steinbach (CDU) do rady fundacji „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie”. Celem tej fundacji będzie nadzór powstającego w Berlinie muzeum wysiedlonych. Liberałowie z FDP, w trosce o dobre stosunki z Polską, są przeciwni tej kandydaturze.
Wydaje mi się, że na pewno w interesie Polski, ale także samych Niemiec, byłby w obecnej sytuacji, rząd o profilu możliwie jak najbardziej socjalliberalnym. Rząd zbyt konserwatywny nie byłby dobry dla coraz bardziej zróżnicowanych etnicznie Niemiec. Wzrosłoby wśród imigrantów poczucie społecznego odrzucenia. W konsekwencji mogłoby to prowadzić nawet do wybuchu zamieszek na ulicach. W skrajnym wypadku mogłaby się powtórzyć sytuacji z przedmieść francuskich metropolii. Na razie na szczęście udaje się temu w Niemczech zapobiec. Nie można tego jednak wykluczyć przy dalszym wzroście społecznej frustracji.

W jaki sposób pamiętać o przeszłości?

Przed paroma dniami obchodziliśmy 65-lecie wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau. Bliskość tej daty skłania do refleksji nad tym, w jaki sposób należy zachowywać pamięć historyczną. W kontekście stosunków polsko-niemieckich, odpowiedź na to pytanie nabiera szczególnego znaczenia.

Ilekroć myślę o relacjach bilateralnych Polski i Niemiec, pojawia się u mnie wątpliwość: czy rzeczywiście stosunki te były tak złe, jak wynika z lektury podręczników do historii? Zwykło się mawiać, że historia jest nauczycielką życia, jednak czasem i ona kreuje mylny obraz rzeczywistości. Często napotykamy na próby jej relatywizowania. Niejednokrotnie widać to właśnie w przypadku relacji Polski z Niemcami.

W polskiej historiografii nacisk kładzie się na historię II Wojny Światowej. Co było wcześniej i później? – to jakby sprawa drugorzędna. Daleki jestem przy tym od umniejszania odpowiedzialności nazistowskich Niemiec za wybuch II Wojny Światowej. To przecież hitlerowskie Niemcy zerwały podpisany 26 stycznia 1934, pakt o nieagresji. Tego faktu nikt dziś, także w Niemczech, nie neguje. Mówiła o tym kanclerz Angela Merkel 1 września 2009 roku na Westerplatte. Nie trudno uznać, że ta jedna tragedia zaprzecza wszelkiej możliwości komunikacji. Warto jednak zastanowić się, czy wrogość jest stałym i nieodzownym elementem polsko-niemieckich relacji.

II Wojna Światowa jest dla mnie, nad wyraz skandalicznym, ale jednak epizodem w generalnie bardzo dobrych relacjach dwustronnych. W moim rozumieniu Polska i Niemcy mogą i powinny współpracować. Historia nie powinna dzielić lecz uczyć i jednoczyć. Przykłady owocnego współdziałania i koegzystencji mamy na kartach wcześniejszych dziejów. Dokonując krótkiej retrospekcji wskazać można wiek XVI, kiedy król Zygmunt Stary zezwolił na osiedlanie się protestantów, także niemieckich, na terenach Rzeczypospolitej. Wiek XVIII przyniósł 60 lat panowania saskiej dynastii Wettinów na tronie polskim.

W XIX wieku za sprawą Xawerego Druckiego-Lubeckiego, mieliśmy do czynienia z falą osadnictwa niemieckiego w Królestwie Polskim. Oto bezrobotni Niemcy na bardzo korzystnych warunkach mogli osiedlać się na terenach dzisiejszej Polski. Tworzono dla nich specjalne wsie gdzie, tak długo jak to było im potrzebne mogli kultywować swoją tradycję religijną, językową i kulturową. Z czasem zaś świadomie i dobrowolnie asymilowali się z polską większością. Taki program osadnictwa znakomicie wpływał na gospodarkę. Otwierał się nowy rynek zbytu ? Prusy. Niemieccy koloniści zapewniali gospodarce Królestwa Polskiego, postęp technologiczny. Przywozili bowiem ze sobą nowatorską wówczas wiedzę.

W wieku XX, przed II Wojną Światową, Polacy traktowani byli w Niemczech, również bardzo poprawnie. Mieli status mniejszości narodowej, posiadali przedstawicieli w niemieckim parlamencie. W okresie PRL Niemcy zachodnie organizowały akcje pomocowe. Po zapoczątkowanym w 1980 roku w Gdańsku ? przełomie roku 1989, Niemcy stały się ambasadorem polskiej racji stanu na zachodzie Europy. Wspierały polskie starania o integrację z NATO i Unią Europejską.

Moim zdaniem w dwustronnych relacjach Polski i Niemiec powinny panować reguły partnerskie i przyjacielskie. Oznacza to ,że każda ze stron powinna przyjąć na siebie pewne zadania. Rolą Polski jest w tym wypadku dbanie o relacje z Europą Wschodnią. Zadaniem Niemiec jest wspieranie interesów Polski w jej relacjach z resztą świata zachodniego.

Skoro mowa o kontekście historycznym – na zakończenie chciałem się ustosunkować do kwestii projektu pod tytułem ?Widomy Znak?. Otóż jestem jego zagorzałym przeciwnikiem, zwłaszcza w proponowanej obecnie formie. Moim zdaniem autorka projektu Erika Steinbach nie powinna być osobą odpowiedzialną za realizację tego projektu. Wątpliwości budzi bowiem kwestia czy rzeczywiście można ją zaliczyć do grona wypędzonych? W moim przeświadczeniu, nie. Dlatego, że nie każdy kto urodził się na terenie obecnej Polski i ją opuścił, nawet pod przymusem, zasługuje na ten status. Dla mnie pani Steinbach mogłaby mieć status wypędzonej, gdyby jej rodzina od co najmniej trzech pokoleń zamieszkiwała na terenach obecnej Polski. Nie zaś w wypadku gdy jest ona córką stacjonującego tu wówczas pilota Luftwaffe i przypadkiem urodziła się w Rumi, w obecnym województwie pomorskim.

Jednocześnie, żeby była jasność, nie neguję konieczności upamiętnienia ofiar wysiedleń. Gorąco popieram utworzenie ?Europejskiego Centrum Przeciwko Wypędzeniom?. Problem wysiedleń nie dotyczy bowiem jedynie stosunków polsko?niemieckich. Nie ma też zupełnie powodu dla którego mielibyśmy problematykę wysiedleń rozpatrywać w tym zdecydowanie zawężonym kontekście.

Margot Käßmann – współczesna Róża Luxenburg?

Gdyby ktoś poprosił mnie o wskazanie najbardziej wpływowej Niemki ostatnich lat miałbym dylemat. Wybór rozważałbym między Angelą Merkel, a Margot Käßmann. Pierwszej z pań przedstawiać nie trzeba. Na uwagę zasługuje ta druga, w Polsce jeszcze mniej znana – Margot Käßmann.

Zaryzykuję stwierdzenie, że Käßmann to swoisty fenomen. To kobieta, która śmiało wyznacza nowe trendy, inspiruje, analizuje, zmusza do refleksji, świeci przykładem. Budząc skrajne emocje, Margot Käßmann nikogo nie pozostawia obojętnym. Wywołuje zachwyt lub zniesmaczenie. Jest to pierwsza kobieta w historii Ewangelickiego Kościoła Niemiec, która zaszła tak daleko. Została pierwszą przewodniczącą Rady Kościoła Ewangelickiego w Niemczech.

Droga do tego urzędu nie była usłana różami, była niezwykle kręta. Biskup Käßmann musiała w międzyczasie pokonać nowotwór piersi, uporać się z rozpadem małżeństwa oraz samotnie wychowywać cztery córki. Te okoliczności czynią z niej osobę doskonale rozumiejącą realia współczesności. W tym kontekście nie mogą dziwić jej niezwykle liberalne poglądy. Niektórzy komentatorzy sugerują wręcz, że światopogląd pani Biskup zbliżony jest do idei lewicowych. Nie można odmówić tym głosom cienia racji.

Margot Käßmann jawi się jako zdecydowana pacyfistka. Jej noworoczne kazanie i krytyka zwiększenia kontyngentu Bundeswehry w Afganistanie, odbiło się szerokim echem w mediach. Ponadto pani Käßmann w ściśle określonych sytuacjach dopuszcza zarówno aborcję jak i eutanazję. Biskup stara się też o partnerskie stosunki w rodzinie odrzucając sztywny ?pruski dryl?, akceptuje związki partnerskie homoseksualistów. Sugeruje jedynie by nie nazywać ich małżeństwami. Uważa ona, że takie związki również są formą wypełniania się woli Boga. Dlatego nie można się im sprzeciwiać. Zwierzchniczka Niemieckiego Kościoła Ewangelickiego znana jest jako zagorzała krytyczka Watykanu. W jej mniemaniu poglądy Kościoła Katolickiego w sprawach: celibatu, związków partnerskich, antykoncepcji, aborcji oraz eutanazji, nie przystają do współczesnych realiów.

Bundestag wspomina ofiary narodowego socjalizmu

Dziś w samo południe rozpoczęły się w sali plenarnej dawnego Reichstagu obecnie głównej siedzibie niemieckiego Bundestagu, uroczystości upamiętniające ofiary narodowego socjalizmu. Obchody otworzył przewodniczący Bundestagu Prof. Norbert Lammert. Po nim głos zabrali w kolejności: prezydent Izraela Szymon Peres i polski historyk, prof. Feliks Tych.

65 lat temu, 27 stycznia 1945 roku, żołnierze sowieckiej Armii Czerwonej wyzwolili niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau. W 1996 roku ówczesny prezydent federalny, Prof. Roman Herzog ustanowił dzień 27 stycznia Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Narodowego Socjalizmu. Od tego czasu rokrocznie odbywają się w Bundestagu ?Godziny Pamięci? z udziałem świadków tamtych wydarzeń, jako honorowymi gośćmi i prelegentami.

W programie przewidziana jest również dyskusja z udziałem młodzieży. Jej moderatorką będzie prof. Gesine Schwan, była koordynatorka rządu niemieckiego ds. współpracy polsko-niemieckiej. Dyskusja jest częścią dorocznego, edukacyjnego programu młodzieżowego, organizowanego przez Bundestag. W tym roku temat programu brzmi: ? Wojna, Okupacja, Ludobójstwo ? Polska po okupacji niemieckiej lat 1939-1945?

W programie uczestniczy około osiemdziesięcioosobowa osobowa grupa młodzieży, przede wszystkim z Niemiec, ale także z Polski (10 osób), Francji (10 osób) i innych krajów sąsiadujących. Program adresowany jest do młodzieży zaangażowanej w projekty na temat historii narodowego socjalizmu, antysemityzmu, rasizmu, ksenofobii. Młodzież przyjechała do Berlina z Warszawy, gdzie zwiedziła:
* Muzeum Powstania Warszawskiego,
* Instytut Pamięci Narodowej,
* Ambasadę RFN w Warszawie,
* Niemiecki Instytut Historyczny,
* Żydowski Instytut Historyczny,
*Tereny Getta warszawskiego
Na zakończenie ?Godzin Pamięci? uczestnicy uroczystości obejrzą wystawę żydowskiego fotografa, Vardi Kahana ,?Eine Familie ? One Family?. Na obchodach oczekiwani są: prezydent federalny Horst Köhler, kanclerz Angela Merkel, przewodniczący Bundesratu Jens Böhrnsen oraz przewodniczący Federalnego Trybunału Konstytucyjnego Prof. Hans-Jürgen Papier.
Tekst powstał w oparciu o materiały dostępne pod adresem :

http://www.bundestag.de/dokumente/textarchiv/2010/28390958_kw03_peres_tych/index.html

Dwujęzyczność nazw topograficznych na Śląsku Opolskim – problem czy bogactwo kulturowe regionu?

Co jakiś czas powraca problem dwujęzyczności nazw topograficznych na Śląsku opolskim. Ostatnio zdarzyło się to po artykule pani redaktor Joanny Pszon z dnia 20.01.2010 pt. ?Dwujęzyczność stosowana w Chrząstowicach? opublikowanym w opolskim wydaniu ?Gazety Wyborczej?.

Autorka wyraża w nim swoje oburzenie, że patron szkoły Stanisław Staszic stał się Stanislausem Staszicem. Redaktor Piszon trochę kpiąco dodaje, że nazwisko Staszic na szczęście nie kończy się na -tz. Pomyślałem, że dobrze będzie jeśli się do tej kwestii ustosunkuję.

Wydaje mi się, że problem jest zbyt wyolbrzymiony i to z dwóch powodów. Po pierwsze, żyjemy w Zjednoczonej Europie. Z tego powodu dwujęzyczność będzie w Polsce coraz powszechniejsza. Tak jak to ma miejsce od lat na przykład w Belgii ? gdzie napisy są w języku francuskim i niderlandzkim. Podobnie jest w Niemczech. Na wschodzie Niemiec, na Łużycach, czy na północy w Szlezwiku?Holsztynie. W pierwszym przypadku przyczyną jest sąsiedztwo Serbów łużyckich; natomiast w Szlezwiku-Holsztynie np. w mieście Flensburg/Flensborg, obok Niemców żyją Duńczycy. Tam owa dwujęzyczność przestała kogokolwiek szokować, stała się codziennością.

Po drugie: dwujęzyczność nie jest zagrożeniem, lecz kulturowym wzbogaceniem i świadectwem pokojowego współistnienia odmiennych narodów. Dwujęzyczność nie oznacza dyskryminacji żadnego z języków ? w tym wypadku polskiego. Wręcz odwrotnie. Dwujęzyczność to symbol najlepiej pojętej tolerancji. Zakłada ona, że każda ze społeczności świadomie może korzystać z mowy, która jest jej bliższa.

Kiedy czytam lub słyszę o aktach wandalizmu na tle narodowościowym na Śląsku opolskim, nacechowanych ksenofobicznie komentarzach tamtejszej lokalnej prasy, krew się we mnie burzy. Zadaję sobie wtedy pytanie: Czemu to służy? Przecież nie lepszemu zrozumieniu, tolerancji i poszanowaniu własnej odrębności. Wówczas dobitnie dostrzegam jakiej krzywdy doznała Polska w okresie PRL. Wtedy propaganda zakładała, że nie może być mowy o jakiejkolwiek odmienności. Było to oczywiście jawnym zaprzeczeniem stanu rzeczywistego. Bowiem mniejszości narodowe zawsze w Polsce były, są i będą. Ten postpeerelowski sposób myślenia niestety jeszcze gdzieniegdzie pokutuje. Dlatego na tym polu, nie ze swojej winy, Polska musi się jeszcze wiele nauczyć. Jestem jednak dobrej myśli!

Co Państwo myślicie o problemie dwujęzyczności? Czy jest to problem czy bogactwo kulturowe regionów? Zapraszam do dyskusji!

CDU podsumowało rok 2009

Szanowni Państwo,

Nikogo nie trzeba przekonywać, że rok 2009 był dla Niemiec szczególny. Był to rok kilku istotnych rocznic, przypomnę:

*70-lecia wybuchu, wywołanej przez nazistowskie Niemcy, II Wojny Światowej,
*60-lecia ustanowienia konstytucji Republiki Federalnej Niemiec,
* 20-lecia zburzenia Muru Berlińskiego.
Ponadto w 2009 roku wypadały kolejne wybory parlamentarne do Bundestagu. 27 września 2009 roku wybrano Bundestag 17 kadencji. Te wszystkie okoliczności sprawiają, że postanowienia Federalnego zarządu partii, który odbył się w dniach 14-15 stycznia br. w Berlinie, nabierają szczególnego znaczenia. Efektem końcowym berlińskiego zjazdu była Deklaracja Berlińska: “Nasze perspektywy na lata 2010?2013? (niem. Berliner Erklärung: “Unsere Perspektiven 2010 bis 2013″).

W tym dokumencie CDU określa siebie jako ?duża nowoczesna partia ludowa, silnie zakorzeniona w niemieckim systemie politycznym? Partia podkreśla ,że dopiero teraz, pierwszy raz od 1994 roku, będzie mogła w pełni zrealizować swoje cele polityczne. Stanie się to możliwe dzięki temu, że wybory przyniosły zdecydowane zwycięstwo obozowi ?obywatelskiej większości? pod postacią trzech partii CDU/CSU i FDP. Poza tym rządy krajowe, w dziesięciu krajach związkowych, będą nadal sprawowane z udziałem CDU. Partia podkreśla też, że razem z ?siostrzanymi partiami? z Europejskiej Partii Ludowej, współtworzy największą siłę polityczną w Unii Europejskiej.

Mimo tych pozytywów, CDU potrafi także dostrzec swoje słabości. Jej wynik w ostatnich wyborach: 33,8 % tzw. ?drugich głosów? tj. głosów na listę partyjną, jest słabszy od oczekiwanego. Władze partii uważają ,że jest możliwe osiągnięcie poparcia dla listy partyjnej na poziomie 40 procent. Pogorszenie wyniku wyborczego zarząd tłumaczy niską frekwencją wyborczą. Jak piszą autorzy dokumentu: ?CDU jest partią ludową środka?, partią społecznej gospodarki rynkowej. To odróżnia ją od wiary w wolny rynek ale też od wiary w państwo. Zdaniem autorów dokumentu wolny rynek i sprawiedliwość społeczna wzajemnie się się uzupełniają. CDU stawia sobie za cel wspieranie rozwoju współpracy społecznej, jednoczenie wokół siebie różnych grup społecznych.

Podsumowując, moim zdaniem CDU dokonało obiektywnej oceny swojej obecnej sytuacji politycznej. Mam nadzieję,że partii uda się przekuć te założenia w czyn. Liczę na to, że zyska ona mocną, wyrazistą pozycję partii centrowej. Nie ulega bowiem dla mnie wątpliwości, że partia o charakterze centrowym, chrześcijańsko-demokratycznym, wyrazista ideowo, ale także tolerancyjna jest w Niemczech bardzo potrzebna. Zresztą nie tylko w Niemczech, ale też w Polsce i Europie. Byłoby dobrze, gdyby Platforma Obywatelska w jak największym stopniu wzorowała się na CDU.

*Artykuł powstał w oparciu o oryginalny tekst: Berliner Erklärung “Unsere Perspektiven 2010 bis 2013″ dostępny pod adresem: http://www.cdu.de/doc/pdfc/100115-Berliner-Erklaerung.pdf